Fundacja Europejskiej Kultury Prawnej

HISTORIA I TEORIA PRAWA

PRAWO PUBLICZNE

PRAWO PRYWATNE

PODZIAŁ WEDŁUG PAŃSTW

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

 

W ciągu ostatnich kilku miesięcy politycy i media odmienili słowo „referendum” przez wszystkie przypadki. Cynicy twierdzą, iż nagły, zbiegający się w czasie z kampanią wyborczą zwrot polityków wszystkich opcji ku ideom demokracji bezpośredniej jest zagrywką obliczoną na zdobycie kilku punktów procentowych w sondażach, ale autor niniejszego tekstu, mający jak najwyższe mniemanie o przymiotach moralnych polskiej klasy politycznej, nie chce dać takim kalumniom wiary. Skoro więc miłościwie nam panujący wyciągnęli z lamusa instytucje istniejące już od ponad dekady, warto przyjrzeć się tworzącym je regulacjom prawnym i odpowiedzieć na pytanie, na ile realizują one ideę (dodajmy iż konstytucyjną, patrz art. 4 ust. 2 in fine) demokracji bezpośredniej. Ponieważ większość komentatorów skupia się na referendum ogólnokrajowym, niniejszy tekst poświęcony jest jego starszemu, lokalnemu bratu (temat bardzo aktualny, gdyż niektóre samorządy, m. in. wrocławski, zdecydowały się przy okazji referendum ogólnokrajowego zadać członkom swoich wspólnot pytania związane ze sprawami lokalnymi).
Zgodnie z ustawą z dnia 15 września 2000 roku, prawo inicjatywy w referendum lokalnym przysługuje 10% uprawnionych do głosowania mieszkańców gminy lub powiatu i 5% mieszkańców województwa. Liczby te mogą się wydawać niskie i dogodne dla grup dążących do zwołania referendum, stają się jednak zaporowe, gdy skonfrontować je z miażdżącymi wszelkie bajanie o społeczeństwie obywatelskim realiami polskiego życia publicznego. W drugiej turze wyborów prezydenckich we Wrocławiu, mieście rzekomo postępowym, wzięło udział 32% wyborców. Mając na uwadze, iż wybór gospodarza miasta jest kwestią znacznie bardziej ważką niż jakikolwiek problem poruszany w referendum lokalnym, wydaje się wątpliwym, aby zebranie podpisów 10% mieszkańców miasta było zadaniem łatwym, a nawet możliwym dla grupy wnioskodawców pozbawionej wsparcia logistycznego, organizacyjnego i finansowego jednej z większych partii politycznych. Wypacza to samą ideę referendum jako sposobu na zabranie głosu przez podmioty obywatelskie (a nie profesjonalnych polityków). A przecież grupa wnioskodawców ma jedynie za zadanie rozpocząć proces debaty publicznej i takiegoż podejmowania decyzji, a nie zbierać zawczasu głosy potrzebne do zaakceptowania ich propozycji.
Kolejną przeszkodą na drodze do podejmowania decyzji poprzez referendum lokalne jest konieczność uzyskania wysokiej frekwencji, aby wynik stał się rozstrzygający. Wynosi ona 30% uprawnionych do głosowania, co, w świetle żenującego wprost poziomu zaangażowania Polaków w sprawy ich wspólnot lokalnych, najczęściej pozostaje w sferze pobożnych życzeń. Osobna regulacja dotyczy referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego – aby jego wynik stał się wiążący, konieczna jest frekwencja na poziomie 3/5 liczby osób uprawnionych, które brały udział w jego wyborze. Zważywszy na to, iż do rzadkości należą sytuacje, w których zwycięska w wyborach samorządowych partia czy wójt/burmistrz/prezydent miasta uzyskuje 3/5 z oddanych głosów, polscy samorządowcy mogą spać spokojnie.
Nawet gdyby jednak wnioskodawcom udało się zebrać konieczne podpisy, a następnie frekwencja dopisała, nie istnieje żadna procedura, która zmusiłaby organy jednostki samorządu terytorialnego do wcielenia w życie decyzji podjętej przez społeczeństwo w drodze referendum. Organ stanowiący może więc zwlekać dowolnie długo z podjęciem właściwej uchwały lub wypaczyć wolę lokalnego demosu nie do poznania i nie istnieją żadne środki prawne by temu przeciwdziałać.
Po co więc tworzyć ustawę, która teoretycznie daje członkom wspólnot samorządowych szansę na wyrażenie swojej woli, w praktyce jednak znacznie to utrudnia, wręcz uniemożliwia? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Tobie, Czytelniku.
Na sam koniec oddajmy głos Przewodniczącemu Rady Miejskiej Wrocławia, Jackowi Ossowskiemu, radnemu z klubu prezydenta Dutkiewicza (artykuł z 13.07.15 pt. „Władza dzieli się władzą”, Gazeta Wyborcza Wrocław): „Jestem zwolennikiem demokracji przedstawicielskiej, a nie bezpośredniej. Wrocławianie wybierają władze miasta i radnych co cztery lata. I co cztery lata przy urnach ich rozliczają. Podstawową sprawą jest sprawność w zarządzaniu miastem, a referenda i inicjatywy uchwałodawcze są rozwiązaniem mało praktycznym.”

Krzysztof Trnka

Pozostaw komentarz