Fundacja Europejskiej Kultury Prawnej

HISTORIA I TEORIA PRAWA

PRAWO PUBLICZNE

PRAWO PRYWATNE

PODZIAŁ WEDŁUG PAŃSTW

Category Archives: Polska

Europa Środkowa przed widmem kryzysu Schengen

Europa Środkowa przed widmem kryzysu Schengen

15 lutego 2016 r. Członkowie Grupy Wyszehradzkiej, nieformalnego zrzeszenia Polski, Czech, Słowacji i Węgier, spotkali się w Pradze, by obradować na temat kryzysu migracyjnego w Europie. Rezultatem spotkania było wypracowanie wspólnego stanowiska państw V4, przedstawione na konferencji prasowej, postulującego realną kontrolę granic UE i zwiększenie działań mających na celu ograniczenie napływu emigrantów. Premier Beata Szydło oświadczyła, że stanowisko demonstruje, iż przedstawiciele regionu są wstanie mówić jednym głosem w ważnych dla państw Europy Środkowej sprawach, a takie podejście stanowi wyraz zdolności do zawierania kompromisów państw skupionych w V4. W obradach nad szczelnością granic uczestniczyli przedstawiciele Bułgarii i Macedonii, którzy podobnie jak Grecja, narażone są na całkowitą utratę kontroli nad szczelnością swoich granic. Wzbudziło to niezadowolenie Niemiec, których zdaniem, samodzielne obrady Grupy Wyszehradzkiej, stanowią zagrożenie dla wspólnej europejskiej polityki w kwestii emigrantów, wypracowanej przez Angelę Merkel.
Obrona granic Europy przed emigrantami, ma nie tylko wyraz polityczny dla państw zrzeszonych w V4, których rządy sceptycznie podchodzą do kwestii przyjmowania uchodźców. Ma również wymiar czysto gospodarczy – rozpad strefy Schengen stałby się realnym zagrożeniem dla gospodarki państw, które znacznie rozwinęły się za sprawą wewnętrznych swobód. Jak wynika z analizy UniCredit Bank, skutki rozpadu Schengen uderzyłyby najbardziej w Czechy i Słowację, pociągając miliardowe straty dla ich gospodarek. Najbardziej ucierpiałby rynek handlu żywnością, sektor transportowy i logistyczny, a także przepływ pracowników między krajami byłej Czechosłowacji a Niemcami i Austrią, który w ostatnim czasie sukcesywnie się zwiększał. Powodem tak dużego zagrożenia jest duża otwartość obu gospodarek, a także wysoki udział handlu z innymi krajami. Jak pokazuje analiza, sam spadek eksportu żywności oscylowałby w okolicach 5 %.
Przystąpienie do Unii Europejskiej zahamowało rozwój struktur Grupy Wyszehradzkiej i spowodowało opuszczenie przez członków V4 CEFTY (Środkowoeuropejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu). Przez ostatnie kilka lat priorytety poszczególnych członków rozmijały się. Czy kolejne wzmocnienie Grupy wpłynie na stworzenie z V4 znaczącej siły w EU i na procesy gospodarcze w Europie Środkowej, a w razie ewentualnego rozpadu Schengen na spełnienie marzeń środowiska, które od lat postuluje powstanie Unii Wschodnioeuropejskiej? Zapraszamy do dyskusji!

Na temat analizy UniCredit: http://ekonomika.idnes.cz/analyza-na-konec-schengenu-by-nejvic-doplatily-cr-a-slovensko-pt7-/ekonomika.aspx?c=A160216_115949_ekonomika_chrs

Pozostaw komentarz

O demokracji ciąg dalszy, czyli Budżet obywatelski

O demokracji ciąg dalszy, czyli Budżet obywatelski

Budżet obywatelski, a fachowo – budżet partycypacyjny, to forma demokracji uczestniczącej, w której mieszkańcy ( lub członkowie) decydują o tym, w jaki sposób wydawać część budżetu publicznego.
Korzenie idei związane są z koncepcją zaangażowania grup obywateli, rozwarstwionych społecznie i ekonomicznie, we wspólne dysponowanie częścią środków finansowych – budżetu miast lub instytucji, co w dalszej perspektywie sprzyjać ma integracji, poczuciu współodpowiedzialności za przestrzeń którą użytkują lub zamieszkują, poprawie bezpieczeństwa i zwiększeniu zaufania do administracji. Kolebką tej formy demokracji jest Ameryka Południowa (po raz pierwszy wprowadzono ją w Brazylii w 1990 r.), a jej gwałtowna popularność spowodowała szybki import do Europy – w Polsce wprowadzono ją w 2011 r. w Sopocie i od tego czasu egzystuje wielu miastach na poziomie budżetu gminy. Zauważa się, że w czasie kryzysu wartości demokratycznych i spadku zaufania do instytucji administracyjnych, zainteresowanie tym świeżym modelem podejmowania decyzji rośnie i ma wpływ na kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego. Mieszkańcy angażując się w inicjatywę, zyskują poczucie partycypacji i wpływu na sprawy publiczne, do tej pory „zastrzeżone dla polityków”, a także mają możliwość uczestniczenia w procesie zaspokajania potrzeb wspólnoty od konstruowania idei – wniesienie projektu inicjatywy, po jej wybór – wzięcie udziału w głosowaniu.
Statystyki demonstrują, że zainteresowanie budżetem partycypacyjnym jest znaczne i wzrasta, co doskonale obrazuje przykład Wrocławia – w tegorocznym głosowaniu mieszkańcy oddali 168 278 głosów (160 176 głosów ważnych), w 2014 r. zagłosowało ponad 137 tyś. osób. Przykład Wrocławia jest o tyle interesujący, gdyż możemy porównać zainteresowanie budżetem obywatelskim z frekwencją niedawnego referendum lokalnego z września 2015 r. Referendum przeprowadzone zostało jednocześnie z referendum ogólnopolskim, lecz nawet ten fakt nie wpłynął na ważność głosowania – uprawnionych było 490 347 osób, a frekwencja wyniosła zaledwie 10,58 %, czyli do urn przyszły niecałe 52 tysiące. Niewątpliwie, pewien wpływ na frekwencję miał sposób głosowania – możliwość oddania głosu przez Internet w głosowaniu nad budżetem obywatelskim, tym trybem oddano aż 127 tyś. głosów. Istotne również była procedura głosowania – na projekty mogła zagłosować każda osoba posiadająca czynne prawa wyborcze i będąca mieszkańcem Wrocławia, więc nie pojawia się w tym wypadku np. wymóg zameldowania. Prawo do udziału w referendum lokalnym miały tylko osoby wpisane do stałego rejestru wyborców we Wrocławiu, albo wpisane do rejestru wyborców we Wrocławiu po złożeniu pisemnego wniosku na podstawie decyzji Prezydenta Wrocławia. Nie można jednak upatrywać wyłącznej przyczyny popularności tej formy demokracji w procedurach. Wpływ mają również niewątpliwe zalety przedsięwzięcia: efektywność – finansuje się projekty uznane za ważne dla mieszkańców, poprawa komunikacji – integracja przy tworzeniu projektów sprzyja tworzeniu społeczności lokalnej, możliwość kształtowania postaw społecznych – rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Nie wypada również marginalizować typowo ludzkiej potrzeby rywalizacji – w wielu przypadkach sąsiedzi wspólnie aktywizują się, by ich inicjatywa zwyciężyła z konkurencją, czyli najczęściej inną dzielnicą, osiedlem.
Jak pokazały wyniki budżetu obywatelskiego dla miasta Wrocławia, budżet partycypacyjny nie jest jednak formą pozbawioną wad. Tak jak i w „wielkiej” polityce tak i w wyborach w ramach budżetu często zwycięża siła silniejszego – małe osiedla przegrywają z większymi blokowiskami. Silne grupy inicjatywne drukują kolorowe ulotki które docierają do większej ilości osób niż notki na forach społecznościowych i suche opisy na stronie miejskiego organizatora. Pewnym krokiem zaradczym był tegoroczny podział projektów względem kosztów potrzebnych na realizację. We Wrocławiu głosujący mogli oddać po jednym głosie na projekty zakwalifikowane do trzech grup w których progi wynosiły: >150 tyś. zł., >500 tyś. zł., >2 mln zł. Kolejnym problemem, który jest główną bolączka polskiej demokracji, jest niska świadomość społeczna. Wyraźne niedoinformowanie głosujących miało wpływ na oddanie aż 8102 głosów nieważnych, w związku z dwukrotnym podaniem tego samego numeru PESEL – prawdopodobnie głosujący oddał swój głos za pomocą Internetu a następnie papierowego formularza, lub wypełnił dwukrotnie formularz, na prośbę agitujących o głosy. Obywatele maja również bardzo duży problem ze zrozumieniem sztywnego języka urzędniczego, o czym świadczą każdorazowe problemy z kartami do głosowania w wyborach powszechnych. Co ciekawe, niska świadomość społeczna nie jest wyłącznie problemem ludzi niewykształconych! Mając okazję obserwować zbieranie głosów pod Wydziałem Prawa Administracji i Ekonomii (!), widziałam mnóstwo studentów zaskoczonych prośbą o oddanie głosu i nie mających wiedzy na temat budżetu partycypacyjnego! Odpowiedzi próbowali udzielić zbierający głosy gimnazjaliści i tu dochodzimy do kolejnego problemu związanego z tą formą demokracji – celowość takiego przedsięwzięcia. Gdy przyjrzymy się zwycięskim projektom, zwłaszcza tym z większych progów finansowych, dostrzeżemy, że najwięcej głosów otrzymały…. projekty poprawy infrastruktury placówek oświatowych – boiska i place zabaw przy szkołach i przedszkolach. Miały największa siłę przebicia, gdyż dzieci na lekcjach wychowawczych zostały zobligowane do zbierania głosów. Jednak czy na pewno realizują idee budżetu obywatelskiego, czy może zwalniają gminę od odpowiedzialności za wybór placówek, które otrzymają w pierwszej kolejności środki na remonty (które i tak powinny być zagospodarowane w jej budżecie), tworząc nową świecką tradycję?
Może alternatywą dla budżetu obywatelskiego byłoby, od lat postulowane, zwiększenie kompetencji finansowych Rad dzielnicy (osiedla)? Rady to jednostki pomocnicze gminy, działające na mocy jej uchwały. Zasadniczo nie posiadają własnego budżetu, utrzymują się jednak ze środków przeznaczonych przez gminę na ich działalność statutową. Niekiedy otrzymują od gminy środki na inwestycje, np. w Szczecinie jest to kwota 150 tyś. zł. rocznie, która z roku na rok wzrasta. We Wrocławiu, kwota ta wynosi ok. 40 tyś. zł…
Problemem Rad jest niska frekwencja wyborcza, która znów związana jest z niską świadomością lokalną, ale też kwestią fasadowości funkcjonowania Rad, posiadających niskie kompetencje i środki finansowe. Mają jednak tą zaletę nad budżetem obywatelskim, że faktycznie mogłyby przyczynić się do poprawy infrastruktury i organizacji obywatelskiej na poszczególnych osiedlach, na które środki trafiałyby proporcjonalnie.
Dlatego zapraszam do dyskusji!
Źródła:
• Statystyki głosowania WBO 2015
https://www.wroclaw.pl/budzet-obywatelski-wroclaw/statystyki-glosowania-wbo-2015
• Biuletyn Informacji Publicznej Strona główna Urzędu Miejskiego Wrocławia. Wyniki referendum lokalnego
http://bip.um.wroc.pl/contents/535

 

Elżbieta Kocowska-Siekierka

Pozostaw komentarz

Zjawisko terroryzmu w prawie polskim

Zjawisko terroryzmu w prawie polskim

Do 2001 r. wiedza Polaków o terroryzmie była znikoma i ograniczona wyłącznie do informacji przekazywanych w mediach lub przez polityków. Dopiero ataki na World Trade Center z 2001 r., na madrycką kolej w 2004 r. i londyńskie metro w 2005 r. sprawiły, że terroryzm jest obecny w świadomości nie tylko osób i instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, ale także ich obywateli. Warto zatem przeanalizować czy polskie prawo, a także służby specjalne, są przygotowane na walkę z terroryzmem i czy jesteśmy w stanie odeprzeć ewentualne ataki.

zapraszamy do zapoznania się z pracą badawczą studentów Prawa: Macieja Kacprzyka i Tomasza Kłysa

http://elc4u.org/publikacje/prace-badawcze/

Pozostaw komentarz

Referendum Lokalne  – A jaki jest Twój głos?

Referendum Lokalne – A jaki jest Twój głos?

W związku z ostatnim artykułem Krzysztofa Trnki pod tytułem „Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?” pojawił się szereg pytań, które zrodziły u autora ankiety chęć korespondowania z treścią wyżej wymienionego artykułu. Z racji, że poruszona kwestia jest wciąż aktualna być może i Ty czytelniku zechcesz oddać swój głos. Co społeczeństwo myśli o referendum lokalnym? Wyniki ankiety już wkrótce.

Pozostaw komentarz

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

 

W ciągu ostatnich kilku miesięcy politycy i media odmienili słowo „referendum” przez wszystkie przypadki. Cynicy twierdzą, iż nagły, zbiegający się w czasie z kampanią wyborczą zwrot polityków wszystkich opcji ku ideom demokracji bezpośredniej jest zagrywką obliczoną na zdobycie kilku punktów procentowych w sondażach, ale autor niniejszego tekstu, mający jak najwyższe mniemanie o przymiotach moralnych polskiej klasy politycznej, nie chce dać takim kalumniom wiary. Skoro więc miłościwie nam panujący wyciągnęli z lamusa instytucje istniejące już od ponad dekady, warto przyjrzeć się tworzącym je regulacjom prawnym i odpowiedzieć na pytanie, na ile realizują one ideę (dodajmy iż konstytucyjną, patrz art. 4 ust. 2 in fine) demokracji bezpośredniej. Ponieważ większość komentatorów skupia się na referendum ogólnokrajowym, niniejszy tekst poświęcony jest jego starszemu, lokalnemu bratu (temat bardzo aktualny, gdyż niektóre samorządy, m. in. wrocławski, zdecydowały się przy okazji referendum ogólnokrajowego zadać członkom swoich wspólnot pytania związane ze sprawami lokalnymi).
Zgodnie z ustawą z dnia 15 września 2000 roku, prawo inicjatywy w referendum lokalnym przysługuje 10% uprawnionych do głosowania mieszkańców gminy lub powiatu i 5% mieszkańców województwa. Liczby te mogą się wydawać niskie i dogodne dla grup dążących do zwołania referendum, stają się jednak zaporowe, gdy skonfrontować je z miażdżącymi wszelkie bajanie o społeczeństwie obywatelskim realiami polskiego życia publicznego. W drugiej turze wyborów prezydenckich we Wrocławiu, mieście rzekomo postępowym, wzięło udział 32% wyborców. Mając na uwadze, iż wybór gospodarza miasta jest kwestią znacznie bardziej ważką niż jakikolwiek problem poruszany w referendum lokalnym, wydaje się wątpliwym, aby zebranie podpisów 10% mieszkańców miasta było zadaniem łatwym, a nawet możliwym dla grupy wnioskodawców pozbawionej wsparcia logistycznego, organizacyjnego i finansowego jednej z większych partii politycznych. Wypacza to samą ideę referendum jako sposobu na zabranie głosu przez podmioty obywatelskie (a nie profesjonalnych polityków). A przecież grupa wnioskodawców ma jedynie za zadanie rozpocząć proces debaty publicznej i takiegoż podejmowania decyzji, a nie zbierać zawczasu głosy potrzebne do zaakceptowania ich propozycji.
Kolejną przeszkodą na drodze do podejmowania decyzji poprzez referendum lokalne jest konieczność uzyskania wysokiej frekwencji, aby wynik stał się rozstrzygający. Wynosi ona 30% uprawnionych do głosowania, co, w świetle żenującego wprost poziomu zaangażowania Polaków w sprawy ich wspólnot lokalnych, najczęściej pozostaje w sferze pobożnych życzeń. Osobna regulacja dotyczy referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego – aby jego wynik stał się wiążący, konieczna jest frekwencja na poziomie 3/5 liczby osób uprawnionych, które brały udział w jego wyborze. Zważywszy na to, iż do rzadkości należą sytuacje, w których zwycięska w wyborach samorządowych partia czy wójt/burmistrz/prezydent miasta uzyskuje 3/5 z oddanych głosów, polscy samorządowcy mogą spać spokojnie.
Nawet gdyby jednak wnioskodawcom udało się zebrać konieczne podpisy, a następnie frekwencja dopisała, nie istnieje żadna procedura, która zmusiłaby organy jednostki samorządu terytorialnego do wcielenia w życie decyzji podjętej przez społeczeństwo w drodze referendum. Organ stanowiący może więc zwlekać dowolnie długo z podjęciem właściwej uchwały lub wypaczyć wolę lokalnego demosu nie do poznania i nie istnieją żadne środki prawne by temu przeciwdziałać.
Po co więc tworzyć ustawę, która teoretycznie daje członkom wspólnot samorządowych szansę na wyrażenie swojej woli, w praktyce jednak znacznie to utrudnia, wręcz uniemożliwia? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Tobie, Czytelniku.
Na sam koniec oddajmy głos Przewodniczącemu Rady Miejskiej Wrocławia, Jackowi Ossowskiemu, radnemu z klubu prezydenta Dutkiewicza (artykuł z 13.07.15 pt. „Władza dzieli się władzą”, Gazeta Wyborcza Wrocław): „Jestem zwolennikiem demokracji przedstawicielskiej, a nie bezpośredniej. Wrocławianie wybierają władze miasta i radnych co cztery lata. I co cztery lata przy urnach ich rozliczają. Podstawową sprawą jest sprawność w zarządzaniu miastem, a referenda i inicjatywy uchwałodawcze są rozwiązaniem mało praktycznym.”

Krzysztof Trnka

Pozostaw komentarz

Kąkol między pszenicą. O pluralizmie politycznym w przedwojennej Polsce słów kilka

Kąkol między pszenicą. O pluralizmie politycznym w przedwojennej Polsce słów kilka

Każde współczesne państwo demokratyczne musi zmierzyć się z pytaniem o to, w jaki sposób poradzić sobie z niebezpieczeństwem niesionym przez radykalne, antydemokratyczne ideologie, nie łamiąc przy tym podstawowej zasady pluralizmu poglądów. Głos w tej dyskusji zabrała niemal 90 lat temu grupa polskich działaczy społecznych.

Byli oni związani z organizacją o nazwie Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Została ona założona w roku 1921 i miała wyraźne lewicowe zabarwienie. Już od początku działalności członkowie Ligi stawiali sobie za cel promowanie wartości demokratycznych i walkę z poddawaniem obywateli odpowiedzialności karnej za przekonania polityczne.

Tymczasem w latach 20. ubiegłego wieku wciąż młode polskie państwo zmagało się z ideami przenikającymi z nadal groźnego Związku Radzieckiego. Trwało więc ściganie polskich członków ruchu komunistycznego, wśród których nie brakowało osób bardzo młodych.

Prowadzący postępowania funkcjonariusze nie przebierali w środkach zarówno w czasie zbierania dowodów (liczne prowokacje), jak i wobec aresztowanych już komunistów, traktując ich często w sposób daleki od demokratycznych standardów.

W ramach sprzeciwu wobec tych praktyk, Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela w 1927 roku skierowała do władz odezwę, w której po pierwsze odcinała się od ideologii komunistycznej, po drugie zaś w imieniu ściganych domagała się m.in. przyspieszenia śledztw, zwiększenia nadzoru nad funkcjonariuszami, zapobiegania odpowiedzialności zbiorowej i łagodniejszego traktowania osób młodych.

Pod apelem podpisało się kilkanaście przedstawicielek i przedstawicieli polskiej inteligencji – głównie znani prawnicy, weterani walk o niepodległość, politycy i literaci (wśród tych ostatnich m.in. Zofia Nałkowska).

Odezwa nie podbiła jednak przestrzeni publicznej. Została skonfiskowana przez Komisariat rządu na miasto Warszawę.

Autor tekstu pt. „Na słońce!” opublikowanego 6 marca 1927 roku w tygodniku „Życie Robotnicze” brał w obronę sygnatariuszy, chwaląc ich postawę, opartą jego zdaniem na szacunku dla rządów prawa pomimo różnic światopoglądowych.

W tekście tym możemy przeczytać:

(…) rząd niejako zaaprobował dotychczasowe metody walki z komunizmem, polegające na mechanicznym jedynie wykorzenianiu sowieckiego posiewu. Wiemy wszak dobrze, iż system ten, polegający na masowym produkowaniu męczenników „sprawy” komunistycznej, zaszczytu nam nie przynosi, a w skutkach nie może się okazać szczęśliwym. Są inne metody walki z komunistami, metody, których potrzebę uzasadniała lewica, a polegające na tym, by głosicieli religii komunistycznej wyprowadzić na światło dzienne i jawnie demaskować.

I dalej:

Pozwólmy działać komunistom jawnie i otwarcie na tym nawet terenie! Czyż agitator komunistyczny, prawiący bajędy o sowieckim dobrobycie, skoro pozbawiony będzie uroku tajemniczego rewolucjonisty, ściganego przez burżuazję, i skoro argumenty jego tuż zaraz odeprzeć można będzie przez wykazanie jego kłamstw – cieszyć się będzie takim powodzeniem jak teraz, gdy opchany sowieckim złotem, osłonięty peleryną „wiecznego rewolucjonisty”, po poddaszach i suterenach jedna wśród bezkrytycznych prostaczków i zapalnej młodzieży zwolenników dla swych obłędnych teorii?…

Wyprowadzenie komunistów na światło dzienne będzie właśnie początkiem ich klęski. Nie znoszą oni bowiem słońca.

Jeśli podążać za intuicjami publicysty „Życia Robotniczego” podpisanego inicjałami W. K., metoda walki o „zdrowy” pluralizm przyjęta przez działaczy stojących za odezwą opierała się na wierze w to, że w dyskursie publicznym jawnie „niesłuszne” ideologie prędzej czy później przepadną. Samo życie publiczne, oparte na przestrzeganiu zasad praworządności, eliminuje idee niedające się pogodzić z demokratycznymi rządami prawa.

Z krótkiej historii odezwy Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela można wysnuć przynajmniej trzy konkluzje. Pierwsza dotyczy dziejów polskich idei politycznych. Otóż, jak podkreślają redaktorzy portalu lewicowo.pl, na którym tekst z „Życia Robotniczego” został po latach ponownie opublikowany, wbrew wielu potocznym opiniom, polski dwudziestowieczny ruch lewicowy często miał charakter wręcz antykomunistyczny. Ponadto możemy zauważyć, że u zarania dwudziestowiecznej polskiej państwowości istniały (dość dobrze zorganizowane) zalążki nowoczesnego, pozarządowego ruchu obrony praw człowieka.

Warto wreszcie zwrócić uwagę na jeden z aspektów całej tej sprawy, który być może wskazuje na pewną swoistą cechę polskiej kultury politycznej. Chodzi o podstawy postulowanego w „Życiu Robotniczym” sposobu działania, według którego poszczególnym ideologiom pozwala się rosnąć wspólnie na społecznej glebie aż do czasu naturalnie nadchodzących żniw (używając metaforyki biblijnej).

Skoro bowiem na przestrzeni dziesiątków lat tak wiele form opresji ze strony najeźdźców i okupantów kończyło się zdecydowanym sprzeciwem zaangażowanej części społeczeństwa, nie dziwi, że sygnatariuszom odezwy mogło towarzyszyć przekonanie, iż na rodzimym gruncie najbujniej rosną ideowe projekty podlewane krwią wiernych wyznawców.

Powszechnie wiadomo, że w społeczeństwach dotkniętych traumą krzywdy wyrządzonej innym narodom (jak np. we współczesnych Niemczech), obawy przed antydemokratycznymi nurtami są silne i mają wyraźne odbicie w prawie, poczynając od konstytucji. Być może jednak tam, gdzie w przeszłości tragedie wywołane były przez zewnętrzne siły, sposób myślenia o obcych ideologiach podszyty jest naturalnym przekonaniem, że przyjmą się one tym łatwiej, im większej opresji podda się ich krzewicieli. Dlatego też przestudiowana w praktyce „logika oporu” może motywować osoby tworzące życie społeczne, by z potencjalnymi zagrożeniami dla systemu zmagać się inną drogą niż ta którą nieraz wręcz „odruchowo” podejmuje aparat państwowy.

Maciej Krogel

Wykorzystane źródła:

http://lewicowo.pl/na-slonce/

http://laurahuta.blogspot.com/2009/02/odezwa-ligi-obrony-praw-czowieka-i.html

http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/;3932505

Author:

Maciej Krogel

Title:

A weed among the wheat. A few words about the political pluralism in Poland before World War II

Key words:

Polish legal culture, civil rights, civil society, pluralism in democracy

Summary:

In 1921 in Poland The League of Protection of Human and Citizen Rights was formed. Among the aims of this organization were promotion of democratic values and the fight with criminal responsibility for political beliefs. In 1927 The League published an appeal against cruel treatment of communists imprisoned in Poland. The “Życie Robotnicze” magazine supported the appeal. According to their argumentation, communist activists should be not punished, because their ideas anyway will be defeated in public opinion as false projects.

According to the author, such way of dealing with anti-democratic extreme ideologies in state’s life may be considered as a specific characteristic for society, where the experiences of resistance are strong. The creators of civil society seem to claim then, that the state’s oppression towards followers is most stimulating for consolidation of the ideology.

In twentieth century in Poland the left-wing movement often was opposed to communist ideology. In the beginning of history of Polish state in twentieth century the elements of well-organized non-governmental protection of human rights arisen.

Pozostaw komentarz

Gminy żydowskie organem władzy w dawnej Rzeczypospolitej

Fragment protokołów Sejmu Czterech Ziem
Fragment protokołów Sejmu Czterech Ziem

Do kanonu wiedzy na temat historii Żydów w dawnej Rzeczypospolitej należą stwierdzenia, że przez stulecia ludność ta – dzięki przywilejom – nie podlegała ogólnym przepisom, posiadała szeroką autonomię wewnętrzną i odseparowana była od chrześcijańskiej większości, wchodząc z nią w interakcje niemal wyłącznie w obszarze życia gospodarczego. Myliłby się jednak ten, kto odniósłby wrażenie, że historia kultury prawnej Rzeczypospolitej i gmin żydowskich to historia dwóch odrębnych światów, między którymi brakowało jakiegokolwiek kontaktu.

Przede wszystkim warto przypomnieć, że samorządność żydowska – szeroko opisywana w literaturze naukowej – nie byłaby możliwa bez zgody władz państwowych; jej istnienie zostało usankcjonowane już w okresie średniowiecza, gdy w każdym większym skupisku ludności żydowskiej powstawały gminy, zwane też kahałami. Na ich czele stało kilku lub kilkunastu urzędników, wybieranych z reguły co trzy lata. Gminy sprawowały pieczę nad ogółem spraw administracyjnych i religijnych; utrzymywały własną służbę zdrowia, szkolnictwo, sądownictwo, a także – co szczególnie istotne dla władz państwowych – pilnowały porządku publicznego w obrębie miejsc zamieszkania Żydów. Z punktu widzenia państwa użyteczność kahałów polegała jednak zwłaszcza na pośredniczeniu między ludnością żydowską a zewnętrznymi organami podatkowymi. Niezależnie od przywilejów i autonomii, ludność ta zobowiązana była bowiem do opłacania szeregu danin publicznych. Wobec braku rozwiniętego systemu poboru podatków najwygodniejsze było uczynienie kahałów odpowiedzialnymi za ich zebranie; było to wszak znacznie łatwiejsze dla osób znających realia oraz pozostałych mieszkańców wspólnoty. Z punktu widzenia przedstawicieli władz państwowych (królewskich czy miejskich) np. Moszek syn Jakowa czy Sara córka Hany byli osobami wręcz niemożliwymi do zidentyfikowania; pomysł zobligowania ludności żydowskiej do posiadania stałych nazwisk przyszedł dopiero pod koniec XVIII w., wraz z państwami rozbiorowymi, ale także wtedy ustalenie tożsamości było nie lada wyzwaniem. Dlatego też rozległa autonomia gmin żydowskich, obejmująca samodzielne sądownictwo i możliwość wymierzania kar za nieposłuszeństwo, była rozwiązaniem atrakcyjnym dla obu stron. Co ciekawe, nawet wraz z „odczarowywaniem świata” i tworzeniem nowoczesnej administracji u progu XIX w. ani władze zaborcze w pierwszych latach po rozbiorach, ani władze Księstwa Warszawskiego czy późniejszego Królestwa Polskiego nie zrezygnowały całkowicie z wygodnego pośrednictwa gmin żydowskich. Dzięki temu nie trzeba było wnikać w sprawy wewnętrzne setek tysięcy (tak podobnych do siebie) mieszkańców państwa i tworzyć nowych organów administracyjnych. Poza tym gmina żydowska miała do dyspozycji sankcje nie tylko finansowe, ale i religijne (np. klątwa dla nieposłusznego podatnika), którymi nie dysponowały nawet najlepsze państwowe organy podatkowe.

Rola państwa polskiego nie ograniczała się jednak do wyrażenia zgody na istnienie autonomii gmin, znanej w podobnej formie też w kilku innych państwach Europy. W drugiej połowie XVI w., wraz z przemianami ustrojowymi Rzeczypospolitej i rozkwitem parlamentaryzmu, doszło do ciekawych przekształceń także w obszarze żydowskiego życia publicznego – utworzono dwa wyższe szczeble samorządu. Były to ziemstwa, zrzeszające przedstawicieli sąsiadujących ze sobą gmin, oraz ogólnokrajowy Sejm Czterech Ziem – Małopolski, Wielkopolski, Wołynia i Rusi (hebr. waad arba aracot); w 1623 roku wyodrębniono z niego także Sejm Litwy (hebr. waad lita). Było to zjawisko w Europie bezprecedensowe. Pomysł wyszedł zapewne ze strony urzędników państwowych znów kierujących się względami fiskalnymi – nowoutworzonemu sejmowi zlecono rozkład podatków między poszczególne ziemstwa, a tym ostatnim – między poszczególne gminy. Z czasem jednak organy te zaczęły regulować bardzo różne dziedziny życia społecznego i religijnego. Z zachowanych źródeł wynika, że coroczne obrady Sejmu Czterech Ziem, odbywające się zwykle w Lublinie lub Jarosławiu w trakcie sławnych jarmarków, na które zjeżdżano się z całego kraju, budziły niekiedy podobne emocje, jak posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej, a decyzje zapadłe tam zupełnie wykraczały poza sprawy podatkowe; starano się regulować ogół spraw żydowskich. Oba wyższe szczeble autonomii istniały do 1764 roku, a więc niemal do pierwszego rozbioru; niektórzy historycy uważają, że szeroka samorządność żydowska mogła istnieć tylko tak długo, jak długo silna była Rzeczpospolita, która je wydała na świat.

Warto jeszcze wspomnieć o jednym interesującym przejawie powiązań między instytucjami publicznymi Rzeczypospolitej a kahałami; mowa tu o obszarze komunikacji między nimi. Rzadko stawiamy sobie pytanie o to, jak właściwie kontaktowały się oba te światy, skoro istniało tak wiele barier między nimi. Otóż funkcję pośrednika pełnili tzw. sztadlani, a więc specjalni żydowscy urzędnicy, reprezentujący jeden ze szczebli samorządu, zanoszący oficjalne prośby do króla, sejmu, ministrów lub innych władz. Instytucja sztadlanut rozwinęła się ze względów pragmatycznych – wszak nie można było oczekiwać, że monarcha-prawodawca, niczym dobry ojczulek, sam zauważy konkretną potrzebę danej gminy żydowskiej i wyda odpowiedni akt prawny; aby liczyć na wsparcie monarchy, należało najpierw zwrócić jego uwagę na problem, błagając o opiekę. Od sztadlanów wymagano zwykle kilku cech: wysokiej pozycji społecznej, zdolności oratorskich, znajomości języka polskiego oraz minimalnego zorientowania w zawiłościach porządku prawnego Rzeczypospolitej. Jeździli bezpośrednio do króla oraz na zwoływane periodycznie sejmy i – dzięki niezłej orientacji w kulisach polityki państwa – często uzyskiwali wyczekiwane akty prawne. Co ciekawe, w czasie obrad Sejmu Czteroletniego wiele kahałów, zamiast słać do Warszawy tradycyjnych sztadlanów, zdecydowało się skierować tam swych „plenipotentów”, wyposażonych w pierwsze oficjalne stanowiska polityczne gmin nie tylko wobec spraw lokalnych, ale i szerszej reformy żydowskiego życia. Warto pamiętać o tym, że grupa ta w okresie tworzenia Konstytucji 3 Maja współtworzyła środowisko aktywnych politycznie przedstawicieli ludności Rzeczypospolitej.

Zwykle, gdy piszemy o ustroju i prawie dawnej Rzeczypospolitej, nie myślimy o instytucjach żydowskich, realizujących przecież szereg zadań publicznych. Zapominamy tym samym, że na staropolską kulturę prawną składały się także instytucje licznie zamieszkujących to państwo mniejszości.

Aleksandra Oniszczuk

Pozostaw komentarz

Komisje śledcze – potrzebne narzędzie czy polityczne igrzyska?

Komisje śledcze – potrzebne narzędzie czy polityczne igrzyska?

Może nieco dziwić niezorientowanych, dlaczego efektem głośnej ostatnio tzw. afery podsłuchowej nie stało się powołanie komisji śledczej. A przecież uzasadnień dla takiego kroku nie brakowało: pojawiły się nie pozbawione sensu oskarżenia o naruszanie niezależności banku centralnego, czy dokonywanie z zastępcą Ministra Finansów ustaleń w indywidualnej sprawie podatkowej żony innego ministra. Wreszcie, ciekawa byłaby odpowiedź na pytanie, kto nagrywał i po co. Powody braku decyzji o komisji śledczej zapewne były czysto polityczne, czytaj: obozowi rządzącemu nie opłaca się przeciąganie epatowania przyszłych wyborców aferą, do czego niewątpliwie by doszło, poprzez rozłożone siłą rzeczy w czasie przesłuchiwanie poszczególnych aktorów dramatu. To, co jednak jest pewnym novum, to brak albo względna słabość artykułowania żądania powołania takiej komisji, zarówno przez opozycję, jak i przedstawicieli mediów, czy opinię publiczną po prostu.  Czyżby więc ten mechanizm ustrojowy stracił cały swój sex appeal, niegdyś przecież tak silny i powszechnie odczuwany?

Instytucja sejmowej komisji śledczej została wprowadzona do polskiego prawa parlamentarnego obecnie obowiązującą Konstytucją RP (art. 111), a więc w roku 1997. Mimo, iż zakres przedmiotowy jej działania, określony przez ustrojodawcę, był de facto nieograniczony – mogła zostać bowiem powołana do zbadania „określonej sprawy”, a więc dowolnej – dopiero po ponad 5 latach utworzono pierwszą z nich. Nie dlatego, iż do tego czasu nie było przesłanek, by ją powołać, zwłaszcza biorąc pod uwagę przytoczony przed chwilą brak powyższych ograniczeń przedmiotowych. Stanowiła instytucję nową, a więc nie było jeszcze co do niej ukształtowanej praktyki stosowania. Możliwe też, że uważano, iż żadna z afer nie jest na tyle poważna, żeby aż tworzyć komisje śledcze do ich rozpatrywania. Tak czy inaczej, na początku roku 2003 powstała pierwsza i szybko okazało się, jak wielką ma ona polityczną siłę rażenia w zakresie strącania ze szczytu jednych polityków i windowaniu nań innych, a także popularyzowania haseł politycznych. To wskutek jej działania zostało, niektórzy powiedzą utworzone, inni, że tylko szerzej rozpowszechnione, hasło IV Rzeczypospolitej, czyli szeregu postulatów radykalnych przeobrażeń ustrojowych polskiego państwa.

Żadna z kolejnych komisji nie zdołała powtórzyć wizerunkowego sukcesu pierwszej. Mało tego, jako nowo odkryte i skuteczne narzędzie promocji stała się szybko miejscem aktywności więcej mającej do czynienia z lansowaniem się poszczególnych polityków, i generalnie z próbą pokazania opinii publicznej, że parlamentarzyści przywiązują do sprawy dużą wagę, mniej zaś z dochodzeniem do prawdy (w arystotelejskim znaczeniu tego słowa oczywiście). Odkładając jednak na bok cały ten polityczny aspekt, należy przynajmniej spróbować ocenić komisję, taką, jaka ona zgodnie z uregulowaniami może być.

Wszystko wskazuje jednak na to, że komisja bliżej ma do tytułowych igrzysk aniżeli do jakiegokolwiek skutecznego narzędzia śledczego. Przede wszystkim, chodzi tu o mechanizmy, które ma do dyspozycji, a raczej: których nie ma. Jakkolwiek jej działanie, w sposób nieuregulowany ustawą, opiera się na przepisach Kodeksu Postępowania Karnego, nie dysponuje ona możliwościami, jakie daje on policji i prokuraturze, w zakresie zbierania materiału dowodowego albo stosowania środków przymusu. Nie może zarządzić przeszukania, założyć podsłuchu, przeprowadzić wywiadu środowiskowego itd. Może ona oczywiście współpracować z organami ścigania. Tym bardziej, że, jakkolwiek bowiem zakres przedmiotowy działania komisji jest nieograniczony, to jednak, co potwierdza praktyka, można domniemywać, że w większości przypadków zajmować się będzie sprawami, co do których może się toczyć postępowanie karne. Po co jednak, można spytać, tego typu działanie, skoro wobec tego stanowić będzie dublowanie aktywności tych organów? Co więcej, o ile czynności, dokonywane przez prokuraturę i policję mogą znaleźć swój bezpośredni finał w postaci sformułowania aktu oskarżenia i przejścia postępowania przygotowawczego w fazę sądową, o tyle raport komisji śledczej, nawet przyjęty przez parlament (a warto tu dodać, że nie obejmuje go zasada dyskontynuacji prac parlamentu), nie jest wiążący dla żadnego z organów państwa. Kolejna trudność wiąże się ze składem komisji. Siłą rzeczy większość jej członków stanowić będą posłowie koalicji rządzącej, co nawet jest usankcjonowane w ustawie, która jasno stanowi, iż skład komisji śledczej odpowiadać ma stosunkowi sił politycznych reprezentowanych w parlamencie. To albo utrudni, albo uniemożliwi sprawowanie funkcji kontrolnej względem Rady Ministrów i podległych jej organów. Wreszcie, słynne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2007 roku, na kanwie komisji śledczej „bankowej”, dość mocno ograniczyło pole działania komisji, precyzując zasady jej działania.

Uczciwość intelektualna każe patrzeć na rzecz z każdej strony, tak więc należy odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie pozytywne elementy pełni komisja śledcza – ale nie dla polityków jako takich, ale tzw. życia publicznego. Mowa tu o oddziaływaniu, które można określić jako „społeczno-psychologiczne”. Ostatnia publiczna egzekucja w Polsce miała miejsce w roku 1946, kiedy to powieszony został Arthur Greiser, namiestnik Kraju Warty. Społeczność natomiast, a przynajmniej jej część, lubi widowiska, w których ludzie niegdyś możni i wpływowi mieszani są z błotem, ich niecne postępki ukazywane i karane, i generalnie nad wszystkim unosi się przeświadczenie sic transit gloria mundi. Taką rolę z powodzeniem spełnia komisja śledcza, z jej co do zasady publicznymi przesłuchaniami, dociekliwymi pytaniami członków i świadkami wijącymi się jak piskorze. W tym więc sensie komisje śledcze pełnią znaczącą rolę społeczną. Ktoś może się zżymać na to, dostrzegać w tym mściwość i resentyment, ale cóż, to część natury ludzkiej, a walka z jej przejawami metodami prawnymi lub propagandowymi przynosi marne rezultaty.

Co więc stanie się z prawnymi uregulowaniami komisji śledczej? Czy przestanie istnieć, jako show dla gawiedzi i marketingowy wehikuł, pochłaniający czas i pieniądze? Mimo wszystko, mimo utraty popularności i atrakcyjności, wszystko wskazuje na to, że stanie się niewiele. Obecnie urok komisji śledczej przyblakł, ale jeśli nie teraz, to za jakiś czas znowu opozycja będzie wznosić okrzyki za ich powoływaniem, rządzący natomiast gardłować będą, że nie, że po co, sprawa nie jest aż tak poważna, a w ogóle to komisja do niczego nie dojdzie. Za prognozowaniem pozostania obecnego status quo w tym zakresie przemawiają dwa powody, jeden prawny, drugi polityczny. Ciężko będzie zakończyć jej istnienie w porządku prawnym, ponieważ jest ona instytucją konstytucyjną – a zmiana ustawy zasadniczej wymaga bardzo szerokiego konsensusu politycznego. Poza tym, ciężko będzie przekonać posłów do odebrania sobie tej możliwości kreacji wizerunku. Oczywiście, jest jeszcze szansa, że komisja śledcza stanie się instytucją stosowaną dojrzale, „w duchu umiłowania prawdy”, ale wszystko oczywiście zależy od nieśmiertelnie w takich sytuacjach przywoływanego poziomu kultury politycznej, którego nie da się zadekretować lub podnieść w drodze działań prawnych, a już na pewno nie z szybkim skutkiem.

Michał Zieliński

Pozostaw komentarz

Co z tym Senatem?

Co z tym Senatem?

Na temat oceny funkcjonowania i ewentualnej reformy instytucji Senatu wylano już morze atramentu, a i kolejne morze już na wylanie czeka. Ten efekt porozumień z okresu początku transformacji ustrojowej od samego początku swojego istnienia stanowił przedmiot licznych kontrowersji. Wielu uznaje, iż we współczesnej rzeczywistości ustrojowej należałoby jego sposób funkcjonowania mniej lub bardziej zmodyfikować, inni – że jest on po prostu zbędny. Jeżeli uzna się, że ma jednak istnieć, koniecznym staje się odpowiedzenie sobie na pytanie, jaką powinien przybrać formę, i przytoczyć niektóre z nich.

Na potrzeby tekstu uznać należy, iż termin „Senat” odnosi się do izby parlamentu – tej, która pełni funkcje niejako drugoplanowe w stosunku do innej. Nie musi to, rzecz ważna, znaczyć, że drugorzędną, albo iż jest organem innej izbie podporządkowanym. Z reguły członkostwa w nim nie można łączyć z członkostwem w „podstawowej” z izb, choć nic nie stoi na przeszkodzie częstokroć, aby senator pełnił funkcję członka rządu. Senat jest słowem pochodzenia łacińskiego, i oznaczał rzecz jasna jeden z organów sprawowania władzy w starożytnym Rzymie, i to już od czasów królewskich. W rzeczywistości jednak uznanie rzymskiego państwa za wynalazcę tej formy ustrojowej byłoby pominięciem istoty sprawy; rady monarsze (a właśnie z takich instytucji Senat wyewoluował) są instytucją o wiele bardziej wiekową, od dawien dawna bowiem w już najdawniejszych organizmach państwowych istniały ciała, których główną rolą było doradzanie władcy w podejmowaniu decyzji politycznych (kompetencje stanowienia doszły później). Zrzeszały najstarszych męskich członków społeczności, co wynikało z osobliwie rozumianego pragmatyzmu: najstarsi są zarazem z założenia najbardziej doświadczonymi, najwięcej bowiem „oglądali ten świat”,  w związku z czym ich opinia może być szczególnie cenna, gdyż doświadczenie owo daje swoistą rękojmię jej pożyteczności. W owym czasie sformułowanie to miało jeszcze pewien sens – świat zmieniał się bardzo wolno, a już na pewno w porównaniu ze współczesną sytuacją cywilizacyjną, gdzie wręcz niepodobna czasami, by jedynie na radzie starszych członków społeczności polegać, gdy nie rozumieją oni chociażby nowych technologii i wpływu, jakie te mają na życie współczesne. Z tego względu lepszym do zastosowania określeniem będzie „druga izba”, jakkolwiek niepełne czy nietrafne może się ono wydawać.

Tego typu instytucja w wersji zmodyfikowanej (jako zrzeszająca „najlepszych”) jest obecna w Wielkiej Brytanii jako Izba Lordów, i choć kwestie jej składu przeszły daleko idące reformy (ostatnio za rządów Partii Pracy po koniec lat 90. ubiegłego wieku), to jednak dalej jest to zgromadzenie osobistości „utytułowanych”, do której przynależność nie jest pochodną aktu wyborczego, ale wywodzi się z nominacji.

Druga z istniejących współcześnie koncepcja istnienia drugiej izby parlamentu też ma coś wspólnego z antycznym pierwowzorem. Zasadza się na tym, iż członkami są (choć nie zawsze wyłącznie) osoby, które niegdyś pełniły ważne stanowiska w administracji państwa. To między innymi ma miejsce we Włoszech, gdzie w drugiej izbie zasiadają chociażby byli prezydenci. Również i tutaj chodzi o to, ażeby w jakiś pożyteczny sposób wykorzystać doświadczenie byłych najwyższych urzędników administracji dla dobra państwa.

 Zupełnie odmiennie ukształtowana jest pozycja ustrojowa „drugiej izby” w państwach, takich jak Stany Zjednoczone i Niemcy. W tamtejszych, odpowiednio, Senacie i Radzie Federalnej zasiadają reprezentanci regionów. Oba bowiem z wymienionych to państwa federacyjne. Celem takiego a nie innego ukształtowania w nich „drugich izb” jest zapewnienie regionom odpowiedniego poziomu wpływania na politykę całości państwa. Gdy chodzi o Senat USA, twórcy ustroju wprost założyli, iż o będzie on przeciwwagą dla Izby Reprezentantów, której liczba członków uzależniona będzie od ludności poszczególnych stanów, podczas gdy Senat właśnie składać się będzie zawsze z dwóch członków z każdego z nich. W tym więc przypadku swoistą legitymizacją istnienia „drugiej izby” jest chęć zabezpieczenia interesów regionów w państwach o silnych tradycjach odśrodkowych, takich, gdzie poszczególne jego części w poprzednich epokach historycznych cieszyły się dość dużym zakresem niezależności, często wręcz niezależnością całkowitą.

Dość popularna stała się modyfikacja wyżej omówionego pomysłu, w myśl której członkami „drugiej izby” są, poza przedstawicielami samorządu lokalnego, działacze związków zawodowych, organizacji pracodawców, czy przedstawiciele wolnych zawodów. Tak zarysowana izba ma stać się „pasem transmisyjnym” reprezentantów prawie całego narodu – bo prawie każdy świadczy pracę w jakimś charakterze, lub jej świadczenie umożliwia – w zakresie działania parlamentu.

Tytułem ciekawostki wspomnieć można uregulowania norweskie, w myśl których (a obowiązuje tam jeszcze Konstytucja z końca wojen napoleońskich) wyłonieni w wyborach powszechnych członkowie parlamentu dopiero dzielą się na obsadę jednej z dwóch, przewidzianych w ustawie zasadniczej izb. Jest to ustrojowa osobliwość, która jednak nie ściągnęła na siebie w tym państwie kontrowersji – a przynajmniej nie tak dużych, ażeby przez równo 200 lat obowiązywania ustawy zasadniczej dokonano jej zmiany w tym zakresie.

Jak zaś przedstawia się na tym tle polski Senat? To, co razi w przypadku jego pozycji ustrojowej jako rzecz podstawowa, źródło problemów konstytucyjnoprawnych, to brak jasno zarysowanej koncepcji Senatu. Restytuowany w roku 1989 na mocy umowy „Okrągłego Stołu” miał być z założenia elementem dość specyficznej i kruchej równowagi ustrojowej. Cały układ jednak dość szybko się rozpadł, już 2 lata później bowiem nie było ani kontraktowego parlamentu, ani Prezydenta, nie mówiąc już o większości rządowej, która zmieniła się najszybciej. Tymczasem Senat od ćwierćwiecza wybierany jest w dokładnie ten sam sposób i składa się z dokładnie tej samej liczby członków. Po co taki Senat w obecnej rzeczywistości ustrojowej? Obrońcy tej instytucji argumentują, że ma on charakter „izby refleksji”, służy do naprawiania legislacyjnych błędów Sejmu. Inni podnieść mogą, że w odróżnieniu od Sejmu właśnie Senat jest tą izbą, do której kandydować mogą osoby nie będące związane z żadną ze zorganizowanych sił politycznych, a więc stanowić czynnik prawdziwie obywatelski. Inni domagają się reformy Senatu, wskazując, iż można przekształcić go w „izbę samorządową”. Co stanie się z polską „drugą izbą” – czas pokaże, ale pewnym być można, że dyskusji i emocji w nich nie zabraknie.

Michał Zieliński

Pozostaw komentarz

Co pozostało z epoki realnego socjalizmu w polskiej kulturze prawnej?

Co pozostało z epoki realnego socjalizmu w polskiej kulturze prawnej?

Bezpośrednio po upadku „realnego socjalizmu” w Europie niemiecki komparatysta Hein Kötz obwieścił, że socjalistyczna tradycja prawna „umarła i została pochowana”. W związku z tym w trzecim wydaniu swojej pracy Introduction to Comparative Law usunął on dotychczasowe rozdziały poświęcone „socjalistycznej rodzinie prawnej”, nie pisząc jednak nic w zamian. Jak zauważył czeski badacz kultury prawnej i sędzia tamtejszego NSA, Zdeněk Kühn, powstała tym samym „prawna czarna dziura”. Dziś, 25 lat od rozpoczęciu procesu transformacji który ostatecznie pogrzebał realny socjalizm, prawnicy z Europy Środkowej zaczynają zastanawiać się, czy rzeczywiście Kötz miał rację i czy faktycznie epoka realnego socjalizmu spłynęła po kulturach prawnych naszego regionu jak po kaczce.

Problemowi temu poświęcił niedawno całą monografię wspomniany już Z. Kühn. W obszernie udokumentowanej pracy pt. The Judiciary in Central and Eastern Europe: Mechanical Jurisprudence in Transformation? (2011) zadał on pytanie o pozostałości realnego socjalizmu w myśleniu sędziowskim. Zdaniem Kühna najistotniejszym rysem kultury prawnej epoki realnego socjalizmu był sędziowski formalizm, polegający na nadmiernym przywiązaniu do litery prawa i wykładni literalnej, kosztem wykładni systemowej i celowościowej. Kühn stawia w tym względzie ciekawą hipotezę, wedle której ten „ultraformalizm”, jak go określa, wynikał z traumatycznych doświadczeń epoki stalinowskiej, kiedy to odformalizowane i upolitycznione metody wykładni doprowadziły do wypaczenia sądowego stosowania prawa. Zdaniem Kühna po odwilży prawnicy mieliby zwrócić się w stronę formalizmu jako „bezpiecznej przystani”, chroniącej ich pozycję w stosunku do czynników władzy politycznej, pozwalając na wygospodarowanie minimum zawodowej autonomii w posttotalitarnym państwie autorytarnym.

Z kolei chorwacki badacz kultury prawnej Alan Uzelac w artykule pt. Survival of the Third Legal Tradition?’, opublikowanym w 2010 r. na łamach czasopisma „Supreme Court Law Review” uznał, że naczelną cechą kultury prawnej epoki socjalizmu realnego było instrumentalne traktowanie prawa jako narzędzia realizacji celów politycznych, społecznych i gospodarczych. Zdaniem Uzelaca, taki stosunek do prawa, zasadniczo uchylający jego autonomię, pozostał w Chorwacji do dziś stanowiąc przejaw ciągłości kultury prawnej z epoką socjalizmu realnego. Uzelac zdaje się jednak nie zauważać, że traktowanie prawa jako narzędzia, a nie celu samego w sobie, nie było specyfiką realnego socjalizmu ani jakimś jego wyróżnikiem; wystarczy wszak wskazać takie zachodnie nurty myśli prawniczej, jak ekonomiczną analizę prawa czy krytyczne studia nad prawem, które również negują autonomię prawa, kładąc nacisk na jego służeby charakter wobec innych celów.

Przechodząc na rodzimy grunt, można zadać pytanie, czy epoka socjalizmu realnego skończyła się – co się tyczy kultury prawnej – definitywnie w roku 1989 wraz z transformacją ustrojową, czy też możemy mówić o pewnej ciągłości. Pytanie to staje się aktualnie szczególnie dziś, gdy od tamtego czasu dzieli nas już ćwierć wieku – a to więcej, niż istniała II Rzeczpospolita. Pytanie dotyczy więc zasadniczo tego, czy cokolwiek pozostało w naszej kulturze prawnej z epoki PRL, czy też przeciwnie, wszelkie ślady tego okresu zostały już zatarte. Na tak zadane pytanie spróbuję udzielić przyczynkarskiej odpowiedzi odwołując się do kilku przykładów zaczerpniętych z prawa cywilnego materialnego i procesowego.

Zacznijmy od części ogólnej prawa cywilnego, gdzie wciąż występują dwie klauzule generalne pochodzenia radzieckiego – „zasady współżycia społecznego” oraz „społeczno-gospodarcze przeznaczenie prawa”. Można oczywiście argumentować, że są to tylko nazwy, a nie pojęcia, i że zachodzi tożsamość pomiędzy „zasadami współżycia” a „dobrą wiarą”, niemniej jednak trudno przejść do porządku dziennego choćby nad faktem, że Sąd Najwyższy wciąż odwołuje się do orzecznictwa dotyczącego „zasad” z okresu PRL. Trudno mu zresztą czynić z tego powodu zarzut, jako że począwszy od lat 60-tych orzecznictwo SN dotyczące „zasad” skupiało się na kwestiach „proceduralnych” (np. przesłanki i skutki powołania się na „zasady”, obszary prawa, w których można się na „zasady” powołać, itp.), dzięki czemu orzecznictwo to nie było w jakiś nierozerwalny sposób związane z ustrojem socjalistycznym, lecz tworzyło pewne formalne ramy, które można z powodzeniem stosować do dziś.

W prawie rzeczowym z kolei możemy odnaleźć dwie instytucje prawne wywodzące się z okresu PRL – użytkowanie wieczyste oraz, w postaci reliktowej, spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu. Choć drugiego z tych praw obecnie się już zasadniczo nie ustanawia, odgrywają one wciąż znaczącą rolę na rynku wtórnym, natomiast użytkowanie wieczyste ma nową funkcję w postaci kreowania źródła dochodów do budżetu gminnego.

Również w prawie zobowiązań możemy odnaleźć ślady prawa radzieckiego – zarówno umowa kontraktacji, jak i umowa dostawy to contractus nominati wywodzące się z prawa cywilnego ZSRR. Stypizowanie obu tych umów było ściśle związane z systemem gospodarki nakazowo-rozdzielczej, a po 1989 r. – uwolnione od elementów typowych dla dawnego ustroju – obie formy prawne służą stosunkom rynkowym.

W prawie spadkowym z kolei możemy wspomnieć, jako relikt epoki realnego socjalizmu, kategoryczny zakaz fideikomisów, wprowadzony swego czasu przez socjalistycznego ustawodawcę z wyraźnych pobudek ideologicznych.

Przechodząc do postępowania cywilnego należy zwrócić uwagę na co najmniej dwie instytucje prawne, które mają swą bezpośrednią genezę w czasach PRL, a które do dziś dzień znajdują zastosowanie. Pierwszą jest szeroka legitymacja czynna prokuratora, mogącego wszcząć postępowanie lub przyłączyć się do już toczącego się postępowania w każdej sprawie z wyjątkiem rozwodu i separacji. Tak szeroką legitymację prokuratora wprowadzono u nas w 1950 r. za wzorem radzieckim, idzie ona znacznie dalej niż legitymacja tego podmiotu w państwach zachodnioeuropejskich, nawet takich, jak Francja. Drugą instytucją prawną wywodzącą się z PRL jest, o czym nie zawsze się pamięta, instytucja pytań prawnych do Sądu Najwyższego. Wprowadzono ją wszak w zwązku z zastąpieniem francuskiego modelu trójinstancyjnego (I instancja, apelacja, kasacja) radzieckim modelem dwuinstancyjnym (I instacja, rewizja). Szło o to, by sąd rewizyjny mógł skierować pytanie do Sądu Najwyższego, gdyż w przeciwnym razie ten ostatni mógłby zająć się sprawą jedynie w drodze rewizji nadzwyczajnej.

Powyższe instytucje-relikty prawne epoki PRL zostały przytoczone jedynie tytułem przykładu. Można szukać wielu innych, zarówno w prawie prywatnym, jak też administracyjnym, karnym czy konstytucyjnym, a także w zakresie metodologii prawniczej. Nie ulega jednak wątpliwości, że pewne ślady epoki realnego socjalizmu pozostały w naszej kulturze prawnej i warto się zastanowić, dlaczego jedne instytucje przetrwały (jak choćby użytkowanie wieczyste czy kompetencja prokuratora), podczas gdy wiele innych zostało wyeliminowanych i to jeszcze w roku 1990.

Rafał Mańko

Absolwent Wydziału Prawa i Administracji UW, wykładał m.in. na Wydziale Zarządzania UW, Centrum Europejskim UW oraz na Uczelni Łazarskiego. Pracował jako prawnik lingwista w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a obecnie jest zatrudniony jako analityk (policy analyst) w Biurze Analiz Parlamentu Europejskiego w Brukseli. Stale współpracuje jako external fellow z Centrum Badań nad Europejskim Prawem Umów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Amsterdamskiego. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się z jednej strony wokół problematyki reliktów prawnych realnego socjalizmu w Polsce, a z drugiej wokół relacji pomiędzy prawem a ideologią.

Pozostaw komentarz