Fundacja Europejskiej Kultury Prawnej

HISTORIA I TEORIA PRAWA

PRAWO PUBLICZNE

PRAWO PRYWATNE

PODZIAŁ WEDŁUG PAŃSTW

Category Archives: Europa

Spotkanie z Profesorem  Heinz’em Bartą

Spotkanie z Profesorem Heinz’em Bartą

Chcielibyśmy z przyjemnością ogłosić, iż w nadchodzącą środę (26 października) na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego będziemy gościć Prof. Heinza Barta z Uniwersytetu z Innsbrucku.

Profesor jest specjalistą w zakresie prawa cywilnego i historii nauk antycznych. Jest autorem licznych podręczników cywilistycznych, lecz aktualnie prowadzi na swej uczelni zajęcia, mające za zadanie pogłębienie znajomości z prawa rzymskiego.

Sławę przyniosło Profesorowi, również szcześciotomowe dzieło „Greca Non Leguntur? O korzeniach europejskiego prawa w antycznej Grecji”, w którym stawia kontrowersyjną tezę dotyczącą historii prawa europejskiego, sięgając do źródeł, które były pomijane a nawet ignorowane przez innych badaczy.

Prof. Heinz Barta wygłosi na naszym Wydziale dwa wykłady. Pierwszy z nich odbędzie się o godzinie 13:00 w sali Rady Wydziału w budynku A i będzie dotyczył powstania państwowości na przykładzie Grecji („Staatsentstehung – Beispiel Griechenland „). Drugi wykład pt. „Wczesne koncepcje państwowości i sprawiedliwości – egipska Ma’at i solońska Eunomia” (Frühe Staats- und Gerechtigkeitskonzepte: Ägyptische Ma‘at und Solons Eunomia) zostanie wygłoszony o godzinie 19:00 w sali 505 w budynku B.

Wstęp na wszystkie wykłady jest wolny. Będą one tłumaczone z języka niemieckiego, lecz dyskusja nad przedstawioną problematyką, do której dołączenia zapraszamy, odbędzie się w języku angielskim.

Po wiecęj informacji o naszym Gościu zapraszamy na stronę Uniwersytetu w Innsbrucku:  https://www.uibk.ac.at/zivilrecht/team/barta/

oraz na stronę wydarzenia na Facebook’u:

https://www.facebook.com/events/1664600220498447/permalink/1664612380497231/

Pozostaw komentarz

Europa Środkowa przed widmem kryzysu Schengen

Europa Środkowa przed widmem kryzysu Schengen

15 lutego 2016 r. Członkowie Grupy Wyszehradzkiej, nieformalnego zrzeszenia Polski, Czech, Słowacji i Węgier, spotkali się w Pradze, by obradować na temat kryzysu migracyjnego w Europie. Rezultatem spotkania było wypracowanie wspólnego stanowiska państw V4, przedstawione na konferencji prasowej, postulującego realną kontrolę granic UE i zwiększenie działań mających na celu ograniczenie napływu emigrantów. Premier Beata Szydło oświadczyła, że stanowisko demonstruje, iż przedstawiciele regionu są wstanie mówić jednym głosem w ważnych dla państw Europy Środkowej sprawach, a takie podejście stanowi wyraz zdolności do zawierania kompromisów państw skupionych w V4. W obradach nad szczelnością granic uczestniczyli przedstawiciele Bułgarii i Macedonii, którzy podobnie jak Grecja, narażone są na całkowitą utratę kontroli nad szczelnością swoich granic. Wzbudziło to niezadowolenie Niemiec, których zdaniem, samodzielne obrady Grupy Wyszehradzkiej, stanowią zagrożenie dla wspólnej europejskiej polityki w kwestii emigrantów, wypracowanej przez Angelę Merkel.
Obrona granic Europy przed emigrantami, ma nie tylko wyraz polityczny dla państw zrzeszonych w V4, których rządy sceptycznie podchodzą do kwestii przyjmowania uchodźców. Ma również wymiar czysto gospodarczy – rozpad strefy Schengen stałby się realnym zagrożeniem dla gospodarki państw, które znacznie rozwinęły się za sprawą wewnętrznych swobód. Jak wynika z analizy UniCredit Bank, skutki rozpadu Schengen uderzyłyby najbardziej w Czechy i Słowację, pociągając miliardowe straty dla ich gospodarek. Najbardziej ucierpiałby rynek handlu żywnością, sektor transportowy i logistyczny, a także przepływ pracowników między krajami byłej Czechosłowacji a Niemcami i Austrią, który w ostatnim czasie sukcesywnie się zwiększał. Powodem tak dużego zagrożenia jest duża otwartość obu gospodarek, a także wysoki udział handlu z innymi krajami. Jak pokazuje analiza, sam spadek eksportu żywności oscylowałby w okolicach 5 %.
Przystąpienie do Unii Europejskiej zahamowało rozwój struktur Grupy Wyszehradzkiej i spowodowało opuszczenie przez członków V4 CEFTY (Środkowoeuropejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu). Przez ostatnie kilka lat priorytety poszczególnych członków rozmijały się. Czy kolejne wzmocnienie Grupy wpłynie na stworzenie z V4 znaczącej siły w EU i na procesy gospodarcze w Europie Środkowej, a w razie ewentualnego rozpadu Schengen na spełnienie marzeń środowiska, które od lat postuluje powstanie Unii Wschodnioeuropejskiej? Zapraszamy do dyskusji!

Na temat analizy UniCredit: http://ekonomika.idnes.cz/analyza-na-konec-schengenu-by-nejvic-doplatily-cr-a-slovensko-pt7-/ekonomika.aspx?c=A160216_115949_ekonomika_chrs

Pozostaw komentarz

100 dni litewskiego królestwa

100 dni litewskiego królestwa

Mało znany epizodem w dziejach naszego północno-wschodniego sąsiada – Litwy – jest próba utworzenia w czasie I Wojny Światowej monarchii. Nie był to jednak kolejny wyraz starań o odtworzenie wielonarodowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miało być to Królestwo Litwy, rozumianej jako państwo etnicznie litewskie. Przypomnieć należy, że w 1917 roku całe terytorium Litwy znajdowało się pod zarządem niemieckich sił okupacyjnych. Niemieckie kręgi polityczne planowały przyłączenie terenów Litwy do Rzeszy.

Zamiar ten w sytuacji wojennej nie mógł być jednak wyraźnie ujawniany. Niemcy zdecydowali się zachować pozory i utworzyć na terenie Litwy tzw. Radę Litewską (Lietuvos Taryba) – organ przedstawicielski reprezentujący Litwinów w kontaktach z Niemcami. Na jej przewodniczącego wybrano Antanasa Smetonę. Taryba została przez Niemców zmuszona do zawarcia umowy, zgodnie z którą Litwini zgodziliby się na ,,ścisły i stały sojusz” z II Rzeszą oraz oddanie do jej kompetencji m. in. spraw celnych, wojskowych i walutowych. W zamian Litwa miała uzyskać uznanie na arenie międzynarodowej. Wydana 11 grudnia 1917 r. pierwsza litewska deklaracja niepodległości nie przyniosła jednak rezultatu mimo zapewnień o związkach tego kraju z Cesarstwem.

 

Sytuacja w naturalny sposób nie odpowiadała kołom litewskim. Wobec rosyjskiej porażki, odległości Ententy oraz małej nośności sprawy litewskiej na arenie międzynarodowej, politycznie jedynym rozwiązaniem pozostawał związek z Niemcami. Jednocześnie Litwini dopatrywali się możliwości maksymalnego rozluźnienia tego związku a przede wszystkim – nie dopuszczenia do aneksji Litwy. W tym właśnie okresie narodził się pomysł powołania na tron w Wilnie niemieckiego króla – przeciw takiemu władcy Niemcom ciężko byłoby protestować.

Nadmienić należy, że wśród litewskich działaczy sympatie monarchistyczne były raczej rzadkie. Co prawda w 1915 roku w Kownie grupa działaczy katolickich z ks. Salaimonasem Banaitisem na czele opublikowała dokument pod nazwą ,,Akt konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego” wraz z projektem konstytucji, która zakładała istnienie monarchii na czele z Wielkim Księciem wywodzącym się z jednego ze starych litewskich rodów. Dynastia zostałaby wybrana w głosowaniu powszechnym. Pewne sympatie monarchistyczne można było także znaleźć w środowiskach litewskiej emigracji. Zasadniczo ruch litewski miał jednak republikańskie oblicze. Decyzja Litwinów była więc podyktowana głównie bieżącą koniunkturą polityczną.

Wymóg chwili wymagał wskazania odpowiedniej dynastii. Litwini nie chcieli na swoim tronie pruskiego Hohenzollerna z uwagi na jego wyznanie tej dynastii (protestantyzm) oraz ze względu na obawę przed faktyczną aneksją Litwy przez Prusy. W tym względzie Litwini mogli liczyć na pomoc niemieckiej opozycji – również władcy Bawarii oraz Saksonii nie życzyli sobie dalszego wzrostu potęgi Hohenzollernów. Jednocześnie działacze litewscy wzbraniali się przed czymkolwiek, co mogłoby przypominać o  czasach unii z Polską. Stąd odrzucenie saskiej dynastii Wettynów, która posiadała wywodzące się jeszcze z Konstytucji 3 Maja pretensje do tronu Polski oraz Litwy.  Niektórzy inni kandydaci, np. hiszpański następca tronu Alfons, nie wydawali się mieć zbyt wielkich szans. Wymuszony monarcha miał jak najmniej szkodzić litewskim interesom. W końcu, idąc za sugestią lidera niemieckiej katolickiej Partii Centrum Matthiasa Erzbergera, wybór padł na księcia Wilhelma von Urach.

 

Książę Wilhelm wydawał się być dosyć dobrym kandydatem. Urodzony w 1864 syn księżniczki Monaco i wirtemberskiego księcia większość młodości spędził w pałacach Monte Carlo. Jego życiorys obfitował w burzliwe wydarzenia. Zgodnie z prawem był pretendentem do tronu Monaco, jednak wobec oporu Francuzów musiał zrzec się wszelkich pretensji. W przededniu I Wojny Światowej przymierzano go do tronu Albanii, jednak  przegrał walkę o  tron z księciem Wilhelmem zu Wied. Nie miał też praw do tronu rodzimej Wirtembergii.

Wilhelm odpowiadał wielu oczekiwaniom Litwinów. Po pierwsze – był katolikiem, po drugie – nie miał praw do tronu swej ojczystej Wirtembergii. Oznaczało to, że król Litwy nie będzie zaniedbywał interesu jednego królestwa kosztem drugiego ani nie powstanie niechciana unia personalna. Jego rodzina była ponadto skonfliktowana z panującymi Hohenzollernami. Litwini liczyli więc, że osłabi to ewentualną zależność Litwy od swojego protektora (chociaż sam Wilhelm von Urach niedługo po wyborze wysłał wiernopoddańczy list do cesarza, w którym zapewniał o swojej wierności względem Rzeszy). Wreszcie, nie miał on żadnych związków z Polską, które mogłyby prowadzić do prób połączenia unią obu krajów (chociaż Litwini nie wiedzieli o tym, że kandydatura jednego z synów Wilhelma była rozważana jako kandydatura na króla Polski).

Wobec braku uznania ze strony Niemiec Litwini zdecydowali się na szereg kroków mających na celu umiędzynarodowienie sprawy litewskiej – 16 lutego 1918 po raz kolejny proklamowano niepodległość. Niemcy formalnie uznali ją 23 marca, w praktyce jednak nie zmieniło to ich aneksjonistycznych zamiarów i nie przełożyło się na oddawanie administracji w ręce Litwinów. Niemieckie siły okupacyjne zaczęły działać nawet ostrzej, zamykając np. wileńskie szkoły i nie zaprzestając rekwizycji. W ramach prób obrony przed tą sytuacją, 4 lipca Taryba wydała zapowiedź utworzenia Królestwa Litwy z Wilhelmem von Urach jako Mendogiem II. Wybór został jednak uzależniony od spełnienia przez księcia 12 warunków sformułowanych przez prawnika Martynasa Yčasa oraz działacza litewskiego Juozasa Puricskisa oraz przedstawionych księciu przez Tarybę.

Te swoiste Pacta conventa zawierały m. in.  postulat wprowadzenie monarchii konstytucyjnej czy dwuizbowego parlamentu (składającego się z sejmu oraz Taryby). Król na stanowiska urzędnicze mógł mianować jedynie Litwinów, posługujących się językiem litewskim w mowie oraz piśmie, Król musiał uzyskać zgodę parlamentu na objęcie rządów w innym państwie, miał wraz z całą rodziną zamieszkać na Litwie, a opuszczenie jej terytorium na dłużej niż dwa miesiące w roku wymagało zgody parlamentu.  Wilhelm na początku lipca wyraził zgodę na wszystkie postulaty. 13 Lipca oficjalnie został wybrany królem. Aktu tego nie uznali jednak Niemcy, zakazując ogłaszania informacji o wyborze Wilhelma. Oburzone były też środowiska republikańskie, które uważały wybór niemieckiego władcy za zdradę interesów narodowych – jeszcze przez wiele lat wybór księcia von Urach będzie wykorzystywany przeciwko litewskiej prawicy.  Natychmiast rozpoczęto pracę na projektem konstytucji, która oparta byłaby na wspomnianych postulatach. Rada Litewska przekształciła się samowolnie w Litewską Radę Państwową.

 

Tekst konstytucji powstał w dwóch językach: litewskim oraz niemieckim. Był to obszerny dokument, zawierający 108 artykułów i dosyć szczegółowo regulujący funkcjonowanie państwa. Litwa miała być monarchią ze stolicą w Wilnie, a religią państwową – katolicyzm, (relacje ze Stolicą Apostolską miał określić konkordat).
Jednocześnie art. 7 projektu wyraźnie ograniczał suwerenność państwa. Jak głosił: Litwa jest połączona z Rzeszą Niemiecką więzami przyjaźni. Litwa odczuwa wdzięczność za wyzwolenie po latach rosyjskiego panowania. Potwierdzeniem tej przyjaźni miały być konwencje dotyczące współpracy celnej, handlowej, militarnej oraz monetarnej. Stanowiło to echo zobowiązań litewskich z 1917 roku.

Władza ustawodawcza należeć miała do króla oraz parlamentu składającego się z dwóch Izb: Sejmu (Seimas) oraz Rady (Taryby). Deputowany był przedstawicielem całego narodu i nie był związany wnioskami oraz instrukcjami. Seimas składać się miał z 93 członków wybieranych w powszechnych, bezpośrednich oraz tajnych wyborach. Kadencja Sejmu trwać miała 5 lat. Taryba nie była wybieralna: zasiadać w niej mieli pełnoletni następca tronu oraz inni książęta, którzy ukończyli 30 rok życia, biskupi diecezjalni zarówno rzymskokatoliccy jak i uniccy. Ponadto w jej sład wchodzić mieli Prezes Sądu Najwyższego, dwaj reprezentanci Uniwersytetu Wileńskiego, dwie osoby wskazane przez króla, 24 osoby (w wersji litewskiej jest to 12 osób) wybrane przez sejm (musi mieć jednak kończyć 30 rok życie i przebywać co najmniej 3 lata na Litwie).
Ministrowie mieli być odpowiedzialni przed królem i jednocześnie nie mogli być członkami rodziny królewskiej. Konstytucja niewiele mówiła o rządzie i jego uprawnieniach: wiadomo było, że na czele Rady Ministrów stać miał Prezydent Rady Ministrów.
Oprócz tego w konstytucji zawarte zostały gwarancje niezależnej władzy sądowniczej oraz wiele nowoczesnych norm prawno-finansowych dotyczących budżetu czy zbierania dochodów publicznych na podstawie ustawy.

 

Monarchia litewska mogła przetrwać tylko tak długo jak niemiecka okupacja tego terenu. Porażki na froncie zachodnim oraz rewolucja w Niemczech zaczęły prowadzić do stopniowych ustępstw ze strony Rzeszy. Rząd Litwy wkrótce uznano. Nie miało to już jednak wielkiego znaczenia: wobec upadku Rzeszy, wojska niemieckie zaczęły wycofywać się z Litwy. Taryba 2 listopada 1918 roku anulowała swoją decyzję o przyznaniu korony Wilhelmowi von Urach. Mendog II nigdy nie objął tronu ani nawet nie dojechał na Litwę. Na początku listopada 1918 roku, jeszcze przed kapitulacją w Compiegne, Taryba ogłosiła tymczasową konstytucję – miała ona charakter republikański.

Litewskie królestwo było tworem narzuconym przez okoliczności, ruchem o charakterze czysto politycznym. Monarchizm nie miał oparcia w społeczeństwie litewskim: tym bardziej w oparciu o króla-Niemca. Niemcy byli przez Litwinów uważani za okupantów nie gorszych od Rosjan, należały bowiem do nich tereny tzw. Małej Litwy czyli okręgu Kłajpedy. Pamiętać należy o pewnym ironicznym wydźwięku imienia koronacyjnego króla Mendoga. Jedyny król Litwy – średniowieczny Mendog I – wsławił się bowiem m. in. walkami z zakonem krzyżackim. Niezwykle ciekawym dokumentem jest jednak sama konstytucja napisana w iście ekspresowym tempie i jak na standardy takich projektów – dosyć spójna. Nie wiadomo do końca przez kogo została napisana. Niezależnie od tego, warto pamiętać o tym specyficznym niedoszłym eksponacie litewskiej kultury prawnej.

 

Marcin Jędrysiak

Pozostaw komentarz

O demokracji ciąg dalszy, czyli Budżet obywatelski

O demokracji ciąg dalszy, czyli Budżet obywatelski

Budżet obywatelski, a fachowo – budżet partycypacyjny, to forma demokracji uczestniczącej, w której mieszkańcy ( lub członkowie) decydują o tym, w jaki sposób wydawać część budżetu publicznego.
Korzenie idei związane są z koncepcją zaangażowania grup obywateli, rozwarstwionych społecznie i ekonomicznie, we wspólne dysponowanie częścią środków finansowych – budżetu miast lub instytucji, co w dalszej perspektywie sprzyjać ma integracji, poczuciu współodpowiedzialności za przestrzeń którą użytkują lub zamieszkują, poprawie bezpieczeństwa i zwiększeniu zaufania do administracji. Kolebką tej formy demokracji jest Ameryka Południowa (po raz pierwszy wprowadzono ją w Brazylii w 1990 r.), a jej gwałtowna popularność spowodowała szybki import do Europy – w Polsce wprowadzono ją w 2011 r. w Sopocie i od tego czasu egzystuje wielu miastach na poziomie budżetu gminy. Zauważa się, że w czasie kryzysu wartości demokratycznych i spadku zaufania do instytucji administracyjnych, zainteresowanie tym świeżym modelem podejmowania decyzji rośnie i ma wpływ na kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego. Mieszkańcy angażując się w inicjatywę, zyskują poczucie partycypacji i wpływu na sprawy publiczne, do tej pory „zastrzeżone dla polityków”, a także mają możliwość uczestniczenia w procesie zaspokajania potrzeb wspólnoty od konstruowania idei – wniesienie projektu inicjatywy, po jej wybór – wzięcie udziału w głosowaniu.
Statystyki demonstrują, że zainteresowanie budżetem partycypacyjnym jest znaczne i wzrasta, co doskonale obrazuje przykład Wrocławia – w tegorocznym głosowaniu mieszkańcy oddali 168 278 głosów (160 176 głosów ważnych), w 2014 r. zagłosowało ponad 137 tyś. osób. Przykład Wrocławia jest o tyle interesujący, gdyż możemy porównać zainteresowanie budżetem obywatelskim z frekwencją niedawnego referendum lokalnego z września 2015 r. Referendum przeprowadzone zostało jednocześnie z referendum ogólnopolskim, lecz nawet ten fakt nie wpłynął na ważność głosowania – uprawnionych było 490 347 osób, a frekwencja wyniosła zaledwie 10,58 %, czyli do urn przyszły niecałe 52 tysiące. Niewątpliwie, pewien wpływ na frekwencję miał sposób głosowania – możliwość oddania głosu przez Internet w głosowaniu nad budżetem obywatelskim, tym trybem oddano aż 127 tyś. głosów. Istotne również była procedura głosowania – na projekty mogła zagłosować każda osoba posiadająca czynne prawa wyborcze i będąca mieszkańcem Wrocławia, więc nie pojawia się w tym wypadku np. wymóg zameldowania. Prawo do udziału w referendum lokalnym miały tylko osoby wpisane do stałego rejestru wyborców we Wrocławiu, albo wpisane do rejestru wyborców we Wrocławiu po złożeniu pisemnego wniosku na podstawie decyzji Prezydenta Wrocławia. Nie można jednak upatrywać wyłącznej przyczyny popularności tej formy demokracji w procedurach. Wpływ mają również niewątpliwe zalety przedsięwzięcia: efektywność – finansuje się projekty uznane za ważne dla mieszkańców, poprawa komunikacji – integracja przy tworzeniu projektów sprzyja tworzeniu społeczności lokalnej, możliwość kształtowania postaw społecznych – rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Nie wypada również marginalizować typowo ludzkiej potrzeby rywalizacji – w wielu przypadkach sąsiedzi wspólnie aktywizują się, by ich inicjatywa zwyciężyła z konkurencją, czyli najczęściej inną dzielnicą, osiedlem.
Jak pokazały wyniki budżetu obywatelskiego dla miasta Wrocławia, budżet partycypacyjny nie jest jednak formą pozbawioną wad. Tak jak i w „wielkiej” polityce tak i w wyborach w ramach budżetu często zwycięża siła silniejszego – małe osiedla przegrywają z większymi blokowiskami. Silne grupy inicjatywne drukują kolorowe ulotki które docierają do większej ilości osób niż notki na forach społecznościowych i suche opisy na stronie miejskiego organizatora. Pewnym krokiem zaradczym był tegoroczny podział projektów względem kosztów potrzebnych na realizację. We Wrocławiu głosujący mogli oddać po jednym głosie na projekty zakwalifikowane do trzech grup w których progi wynosiły: >150 tyś. zł., >500 tyś. zł., >2 mln zł. Kolejnym problemem, który jest główną bolączka polskiej demokracji, jest niska świadomość społeczna. Wyraźne niedoinformowanie głosujących miało wpływ na oddanie aż 8102 głosów nieważnych, w związku z dwukrotnym podaniem tego samego numeru PESEL – prawdopodobnie głosujący oddał swój głos za pomocą Internetu a następnie papierowego formularza, lub wypełnił dwukrotnie formularz, na prośbę agitujących o głosy. Obywatele maja również bardzo duży problem ze zrozumieniem sztywnego języka urzędniczego, o czym świadczą każdorazowe problemy z kartami do głosowania w wyborach powszechnych. Co ciekawe, niska świadomość społeczna nie jest wyłącznie problemem ludzi niewykształconych! Mając okazję obserwować zbieranie głosów pod Wydziałem Prawa Administracji i Ekonomii (!), widziałam mnóstwo studentów zaskoczonych prośbą o oddanie głosu i nie mających wiedzy na temat budżetu partycypacyjnego! Odpowiedzi próbowali udzielić zbierający głosy gimnazjaliści i tu dochodzimy do kolejnego problemu związanego z tą formą demokracji – celowość takiego przedsięwzięcia. Gdy przyjrzymy się zwycięskim projektom, zwłaszcza tym z większych progów finansowych, dostrzeżemy, że najwięcej głosów otrzymały…. projekty poprawy infrastruktury placówek oświatowych – boiska i place zabaw przy szkołach i przedszkolach. Miały największa siłę przebicia, gdyż dzieci na lekcjach wychowawczych zostały zobligowane do zbierania głosów. Jednak czy na pewno realizują idee budżetu obywatelskiego, czy może zwalniają gminę od odpowiedzialności za wybór placówek, które otrzymają w pierwszej kolejności środki na remonty (które i tak powinny być zagospodarowane w jej budżecie), tworząc nową świecką tradycję?
Może alternatywą dla budżetu obywatelskiego byłoby, od lat postulowane, zwiększenie kompetencji finansowych Rad dzielnicy (osiedla)? Rady to jednostki pomocnicze gminy, działające na mocy jej uchwały. Zasadniczo nie posiadają własnego budżetu, utrzymują się jednak ze środków przeznaczonych przez gminę na ich działalność statutową. Niekiedy otrzymują od gminy środki na inwestycje, np. w Szczecinie jest to kwota 150 tyś. zł. rocznie, która z roku na rok wzrasta. We Wrocławiu, kwota ta wynosi ok. 40 tyś. zł…
Problemem Rad jest niska frekwencja wyborcza, która znów związana jest z niską świadomością lokalną, ale też kwestią fasadowości funkcjonowania Rad, posiadających niskie kompetencje i środki finansowe. Mają jednak tą zaletę nad budżetem obywatelskim, że faktycznie mogłyby przyczynić się do poprawy infrastruktury i organizacji obywatelskiej na poszczególnych osiedlach, na które środki trafiałyby proporcjonalnie.
Dlatego zapraszam do dyskusji!
Źródła:
• Statystyki głosowania WBO 2015
https://www.wroclaw.pl/budzet-obywatelski-wroclaw/statystyki-glosowania-wbo-2015
• Biuletyn Informacji Publicznej Strona główna Urzędu Miejskiego Wrocławia. Wyniki referendum lokalnego
http://bip.um.wroc.pl/contents/535

 

Elżbieta Kocowska-Siekierka

Pozostaw komentarz

Zjawisko terroryzmu w prawie polskim

Zjawisko terroryzmu w prawie polskim

Do 2001 r. wiedza Polaków o terroryzmie była znikoma i ograniczona wyłącznie do informacji przekazywanych w mediach lub przez polityków. Dopiero ataki na World Trade Center z 2001 r., na madrycką kolej w 2004 r. i londyńskie metro w 2005 r. sprawiły, że terroryzm jest obecny w świadomości nie tylko osób i instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, ale także ich obywateli. Warto zatem przeanalizować czy polskie prawo, a także służby specjalne, są przygotowane na walkę z terroryzmem i czy jesteśmy w stanie odeprzeć ewentualne ataki.

zapraszamy do zapoznania się z pracą badawczą studentów Prawa: Macieja Kacprzyka i Tomasza Kłysa

http://elc4u.org/publikacje/prace-badawcze/

Pozostaw komentarz

Referendum Lokalne  – A jaki jest Twój głos?

Referendum Lokalne – A jaki jest Twój głos?

W związku z ostatnim artykułem Krzysztofa Trnki pod tytułem „Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?” pojawił się szereg pytań, które zrodziły u autora ankiety chęć korespondowania z treścią wyżej wymienionego artykułu. Z racji, że poruszona kwestia jest wciąż aktualna być może i Ty czytelniku zechcesz oddać swój głos. Co społeczeństwo myśli o referendum lokalnym? Wyniki ankiety już wkrótce.

Pozostaw komentarz

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

Referendum lokalne – przejaw demokracji bezpośredniej czy gra pozorów?

 

W ciągu ostatnich kilku miesięcy politycy i media odmienili słowo „referendum” przez wszystkie przypadki. Cynicy twierdzą, iż nagły, zbiegający się w czasie z kampanią wyborczą zwrot polityków wszystkich opcji ku ideom demokracji bezpośredniej jest zagrywką obliczoną na zdobycie kilku punktów procentowych w sondażach, ale autor niniejszego tekstu, mający jak najwyższe mniemanie o przymiotach moralnych polskiej klasy politycznej, nie chce dać takim kalumniom wiary. Skoro więc miłościwie nam panujący wyciągnęli z lamusa instytucje istniejące już od ponad dekady, warto przyjrzeć się tworzącym je regulacjom prawnym i odpowiedzieć na pytanie, na ile realizują one ideę (dodajmy iż konstytucyjną, patrz art. 4 ust. 2 in fine) demokracji bezpośredniej. Ponieważ większość komentatorów skupia się na referendum ogólnokrajowym, niniejszy tekst poświęcony jest jego starszemu, lokalnemu bratu (temat bardzo aktualny, gdyż niektóre samorządy, m. in. wrocławski, zdecydowały się przy okazji referendum ogólnokrajowego zadać członkom swoich wspólnot pytania związane ze sprawami lokalnymi).
Zgodnie z ustawą z dnia 15 września 2000 roku, prawo inicjatywy w referendum lokalnym przysługuje 10% uprawnionych do głosowania mieszkańców gminy lub powiatu i 5% mieszkańców województwa. Liczby te mogą się wydawać niskie i dogodne dla grup dążących do zwołania referendum, stają się jednak zaporowe, gdy skonfrontować je z miażdżącymi wszelkie bajanie o społeczeństwie obywatelskim realiami polskiego życia publicznego. W drugiej turze wyborów prezydenckich we Wrocławiu, mieście rzekomo postępowym, wzięło udział 32% wyborców. Mając na uwadze, iż wybór gospodarza miasta jest kwestią znacznie bardziej ważką niż jakikolwiek problem poruszany w referendum lokalnym, wydaje się wątpliwym, aby zebranie podpisów 10% mieszkańców miasta było zadaniem łatwym, a nawet możliwym dla grupy wnioskodawców pozbawionej wsparcia logistycznego, organizacyjnego i finansowego jednej z większych partii politycznych. Wypacza to samą ideę referendum jako sposobu na zabranie głosu przez podmioty obywatelskie (a nie profesjonalnych polityków). A przecież grupa wnioskodawców ma jedynie za zadanie rozpocząć proces debaty publicznej i takiegoż podejmowania decyzji, a nie zbierać zawczasu głosy potrzebne do zaakceptowania ich propozycji.
Kolejną przeszkodą na drodze do podejmowania decyzji poprzez referendum lokalne jest konieczność uzyskania wysokiej frekwencji, aby wynik stał się rozstrzygający. Wynosi ona 30% uprawnionych do głosowania, co, w świetle żenującego wprost poziomu zaangażowania Polaków w sprawy ich wspólnot lokalnych, najczęściej pozostaje w sferze pobożnych życzeń. Osobna regulacja dotyczy referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego – aby jego wynik stał się wiążący, konieczna jest frekwencja na poziomie 3/5 liczby osób uprawnionych, które brały udział w jego wyborze. Zważywszy na to, iż do rzadkości należą sytuacje, w których zwycięska w wyborach samorządowych partia czy wójt/burmistrz/prezydent miasta uzyskuje 3/5 z oddanych głosów, polscy samorządowcy mogą spać spokojnie.
Nawet gdyby jednak wnioskodawcom udało się zebrać konieczne podpisy, a następnie frekwencja dopisała, nie istnieje żadna procedura, która zmusiłaby organy jednostki samorządu terytorialnego do wcielenia w życie decyzji podjętej przez społeczeństwo w drodze referendum. Organ stanowiący może więc zwlekać dowolnie długo z podjęciem właściwej uchwały lub wypaczyć wolę lokalnego demosu nie do poznania i nie istnieją żadne środki prawne by temu przeciwdziałać.
Po co więc tworzyć ustawę, która teoretycznie daje członkom wspólnot samorządowych szansę na wyrażenie swojej woli, w praktyce jednak znacznie to utrudnia, wręcz uniemożliwia? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Tobie, Czytelniku.
Na sam koniec oddajmy głos Przewodniczącemu Rady Miejskiej Wrocławia, Jackowi Ossowskiemu, radnemu z klubu prezydenta Dutkiewicza (artykuł z 13.07.15 pt. „Władza dzieli się władzą”, Gazeta Wyborcza Wrocław): „Jestem zwolennikiem demokracji przedstawicielskiej, a nie bezpośredniej. Wrocławianie wybierają władze miasta i radnych co cztery lata. I co cztery lata przy urnach ich rozliczają. Podstawową sprawą jest sprawność w zarządzaniu miastem, a referenda i inicjatywy uchwałodawcze są rozwiązaniem mało praktycznym.”

Krzysztof Trnka

Pozostaw komentarz

Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii – czy na pewno wzór do naśladowania?

Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii – czy na pewno wzór do naśladowania?

Szwajcaria powszechnie uchodzi za kolebkę demokracji bezpośredniej. Zalążka dzisiejszych instytucji upatrywać można w istniejących już w XIII wieku Landsgemeinde – zgromadzeniach obywateli zamieszkujących dany kanton (nazywany ówcześnie państwem lub kantonem leśnym – Waldstaat). Zgromadzenia te zajmowały się głównie kwestiami ustalania podatków, wymierzania sprawiedliwości czy lokalnymi sprawami o charakterze gospodarczym. Ten sposób sprawowania władzy utrwalił się w kantonach leśnych i przetrwał aż do końca XVIII wieku.

 Istotny okres rozwoju instytucji demokracji bezpośredniej nastąpił w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to większość kantonów przyjęła konstytucje, w których przewidziano, oprócz obligatoryjnego referendum konstytucyjnego, również instytucję weta ludowego i inicjatywy ludowej ustawodawczej. Gdy 1848 r. opracowywano pierwszą konstytucję państwa szwajcarskiego, naturalnym było więc uwzględnienie w niej tak instytucji obligatoryjnego referendum konstytucyjnego, jak i ludowej inicjatywy konstytucyjnej. W 1874 r. wprowadzono również weto ludowe. Instytucja ta miała zrekompensować obywatelom szwajcarskim przekazanie części kompetencji kantonów na rzecz władz federalnych, co nastąpiło właśnie przyjętą w 1874 r. Konstytucją Federalną.

 Instytucje te z czasem ewoluowały – podniesiono próg liczby głosów koniecznych do uzyskania w celu przedłożenia propozycji nowelizacji konstytucji, bądź rozpisania referendum fakultatywnego wobec zgłoszenia weta ludowego, rozszerzono zakres aktów prawnych, wobec których obywatele mogą wyrazić sprzeciw, jak i wprowadzono ograniczenia czasu na zbieranie podpisów. Niemniej istota instytucji demokracji bezpośredniej nie uległa zmianie do chwili obecnej.

 

Sposób ukształtowania przedmiotowych instytucji sprzyja ich powszechnemu wykorzystywaniu. Na taką ocenę pozwala przede wszystkim fakt, iż o zgłoszeniu weta ludowego (i przeprowadzeniu w związku z tym referendum), jak i o poddaniu pod głosowanie powszechne inicjatywy ludowej konstytucyjnej decydują w ostateczny sposób obywatele. Kancelaria Federalna i Zgromadzenie Federalne badają, czy spełnione zostały przesłanki formalne (określona liczba podpisów zebrana w określonym czasie, zgodność inicjatywy ludowej z prawem międzynarodowym bezwzględnie wiążącym, jej spójność formy i tematyki), ale żaden z organów państwowych nie ma możliwości zablokowania poddania danego aktu pod głosowanie tylko ze względów politycznych. Jeśli rząd bądź parlament nie podzielają propozycji przedstawionych w inicjatywie ludowej proponującej określoną nowelizację Konstytucji, mogą przygotować własny projekt, konkurencyjny wobec obywatelskiego.

Ważny jest także brak wymogu osiągnięcia określonego quorum dla uzyskania wiążącego wyniku głosowań. Okoliczność ta jest istotna, gdyż gdyby quorum wymagające np. uczestnictwa 50% uprawnionych obywateli obowiązywało w Szwajcarii, jedynie w około 1/5 z przeprowadzonych w latach 2001-2010 głosowań powszechnych osiągnięto by wynik wiążący. Ciekawe są przesłanki braku wprowadzenia tego wymogu – jak podkreślają komentatorzy, zabieg ten ma na celu umożliwienie podjęcia decyzji osobom, które są zainteresowane wzięciem udziału w glosowaniu. Ustanowienie quorum faworyzowałoby natomiast osoby, które ze swojego prawa nie korzystają.

Ponadto brak ograniczeń co do materii, których dotyczyć mogą inicjatywy ludowe konstytucyjne i ich bezpośredni charakter, oraz szeroki katalog aktów, wobec których zastosowanie znajduje instytucja weta ludowego, również pozwalają uznać, iż instytucje te odgrywają znaczącą rolę. Cenne jest również to w przypadku inicjatyw ludowych, że to nie komitet inicjatywy, ale Rada Federalna opracowuje orędzie (Botschaft), w którym przedstawia skutki wprowadzenia danej nowelizacji, analizuje jej zgodność z prawem międzynarodowym, a także z prawem krajowym, wskazując na konsekwencje, również finansowe, przyjęcia danej inicjatywy. Brak obowiązku przedstawienia takiego uzasadnienia przez komitet inicjatywy, który to wymóg jest znany m.in. ustawodawstwu polskiemu, powoduje, że komitety nie muszą ponosić dodatkowych kosztów związanych z przygotowaniem profesjonalnego uzasadnienia proponowanej nowelizacji Konstytucji Federalnej.

Mogłoby się więc wydawać, że instytucje demokracji bezpośredniej w Szwajcarii funkcjonują w sposób niemal idealny, pozwalając obywatelom na wyrażanie poglądów i współuczestniczenie w formowaniu polityki państwa. Czy taka ocena jest słuszna? Wydaje się, że rzeczywistość daleka jest jednak od ideału.

Gdy przyjrzymy sie podmiotom występującym z inicjatywą czy to referendalną czy ludową konstytucyjną, okazuje się, że organizacje społeczne i związki zawodowe są głównymi inicjatorami referendów fakultatywnych i inicjatyw ludowych. Brak jest w zasadzie inicjatyw pochodzących od obywateli, którzy działaliby ad hoc, organizując się jedynie na potrzeby złożenia danej inicjatywy. Ponadto partie polityczne, również te mające swoich przedstawicieli w Radzie Federalnej, chętnie korzystają z instytucji demokracji bezpośredniej, wykorzystując je jako narzędzie pozwalające na zamanifestowanie stanowiska opozycyjnego, które w rządzie czy parlamencie nie znalazłoby uznania.

Sytuacja ta musi rodzić mieszane uczucia, gdy zwrócimy uwagę na fakt, że w Szwajcarii brak jest regulacji mających na celu zapewnienie jawności finansowania tak partii politycznych jak i samych kampanii referendalnych. Z jednej strony kampanie te nie mogą być finansowane z budżetu państwa i prowadzone są na zasadach czysto komercyjnych (reklamy w mediach czy plakaty finansowane są samodzielnie przez podmioty prowadzące kampanie). Z drugiej strony brak jest jakichkolwiek przepisów wprowadzających jawność finansowania kampanii. Uczestnicy kampanii (a może nim być każdy, kto wyrazi taką chęć – brak jest, w przeciwieństwie np. do ustawodawstwa polskiego, jakichkolwiek ograniczeń prawnych) mogą przyjmować środki finansowe od każdego darczyńcy (również zagranicznego)  i nie muszą tego faktu ujawniać. Jedynie w trzech kantonach wprowadzono regulacje nakazujące ujawniać wpłaty dla partii politycznych przekraczające 10 000 CHF (Ticino), wpłaty dla partii politycznych i na kampanie referendalne i wyborcze przekraczające 5 000 CHF (Neuchâtel) oraz wszystkie wpłaty na partie polityczne i na kampanie (Genewa).

Taki stan rzeczy ma naturalnie swoje uzasadnienie – partie polityczne uchodzą w Szwajcarii za podmioty należące do tzw. sfery prywatnej. Najczęściej funkcjonują w formie stowarzyszeń, które jeśli nie prowadzą działalności gospodarczej, nie muszą ujawniać żadnych deklaracji w przedmiocie swoich finansów. Nie wydaje się to jednak przeszkadzać Szwajcarom, jako że do chwili obecnej nigdy nie została złożona jakakolwiek inicjatywy ludowa, mająca za przedmiot nowelizację wprowadzającą zmiany w tym zakresie. Jak dalece przekonanie o słuszności takiego pojmowania funkcji partii politycznych oraz kampanii wyborczych i referendalnych jest zakorzenione w mentalności Szwajcarów niech także świadczy orzeczenie Trybunału Federalnego. W 1999 r. uznał on, że przepisy kantonalne wprowadzone ówcześnie w kantonie Ticino, zakazujące dotowania kampanii wyborczych kwotami przekraczającymi 50 000 CHF (pochodzącymi od jednego podmiotu), są niezgodne z Konstytucją Federalną, jako sprzeczne z zasadą proporcjonalności, a także godzące w zasadę równych szans wszystkich podmiotów uczestniczących w życiu politycznym!

Brak odpowiednich przepisów regulujących kwestie transparentności prowadzenia kampanii referendalnych, jak i finansowania partii politycznych (które jeśli nie występują same z inicjatywą, niemal zawsze są czynnymi uczestnikami kampanii referendalnych) nie uszedł uwadze organizacji międzynarodowych. GRECO (Grupa Państw Przeciwko Korupcji działająca przez Radzie Europy) od 2007 r. monitoruje ustawodawstwo Szwajcarii, rekomendując wprowadzenie odpowiednich zmian w zakresie jawności finansowania kampanii i partii politycznych.

W chwili obecnej nic nie wskazuje jednak na to, że stan prawny w tym zakresie miałby ulec zmianie. Zgromadzenie Federalne nie wyraża zainteresowania podjęciem prac legislacyjnych, podobnie jak i same kantony nie inicjują ustaw mających wprowadzić odpowiednie normy prawne. A szkoda, gdyż brak odpowiednich przepisów może stawiać pod znakiem zapytania motywacje komitetów inicjatyw, jak i uczestników kampanii referendalnych.

Przywołane w artykule twierdzenia odnośnie zastosowania instytucji demokracji bezpośredniej w Szwajcarii poparte zostały badaniami obejmującymi okres 2001 – 2010, opisanymi w pracy doktorskiej pt. „Instytucje demokracji bezpośredniej w Konfederacji Szwajcarskiej. Uregulowania prawne i praktyka ustrojowa,” obronionej w 2014 r. na Wydziale Prawa i Administracji UJ. 

Hanna Bednarz

Doktor nauk prawnych (specjalność: prawo konstytucyjne), adwokat. Zainteresowania naukowe oscylują głównie wokół prawa konstytucyjnego porównawczego, ze szczególnym uwzględnieniem instytucji demokracji bezpośredniej. Zawodowo zajmuje się w przeważającej mierze prawem finansowym Unii Europejskiej i Konfederacji Szwajcarskiej.

Pozostaw komentarz

Jak w szwajcarskim zegarku, czyli o funkcjonowaniu instytucji referendum w Szwajcarii

Jak w szwajcarskim zegarku, czyli o funkcjonowaniu instytucji referendum w Szwajcarii

To niewielkie kantonalne państwo stawiane jest za wzór systemu realizującego antyczne założenia demokracji. Szwajcaria rzeczywiście jest ewenementem na skalę światową, jeśli chodzi o stopień rozwoju form bezpośredniego udział obywateli w sprawowaniu rządów, co widać szczególnie dobrze na przykładzie funkcjonowania instytucji referendum. Dość powiedzieć, że mimo prężnego rozwoju mechanizmów demokracji bezpośredniej nie tylko w Europie, ale i poza nią, ponad połowa wszystkich przeprowadzanych na świecie głosowań ludowych odbywa się właśnie w Szwajcarii.

Demokracja bezpośrednia jest ideą budzącą równie wiele sporów na gruncie nauk prawnych i politycznych. Jest ona często definiowana jako zespół instytucji pozwalających narodowi-suwerenowi na podejmowanie ostatecznych wiążących rozstrzygnięć w sferze życia publicznego. To założenie pozwala na wyróżnienie również mechanizmów demokracji semibezpośredniej, które dają obywatelom kompetencję do wysuwania projektów na szczeblu krajowym, ale nie pozwalają dokonywać ostatecznych rozstrzygnięć.

Szwajcaria to państwo o niezwykle długiej tradycji demokracji bezpośredniej, a jej instytucje zakorzenione są głęboko w jego historii, sytuacji geopolitycznej oraz uwarunkowaniach społecznych. Państwo to jako związek kantonów formuje się już od ponad 700 lat, i co charakterystyczne, jest to proces oddolny. Przez wieki poszczególne gminy i kantony łączyły się, stopniowo tworząc współczesną Konfederację Szwajcarską. W kontekście rozwoju instytucji demokracji bezpośredniej znamienne jest, że już konstytucja z 1848 roku wprowadziła do porządku prawnego instytucję referendum obligatoryjnego.

Aktualnie kwestie ustrojowe w Szwajcarii reguluje konstytucja 1999 roku, w której drugi rozdział Tytułu IV dotyczy inicjatywy ludowej i referendum. Mechanizmy te wykorzystywane są w tym kraju z różnym nasileniem na trzech poziomach – federalnym, kantonalnym oraz gminnym. Ponadto na podstawie konstytucji można wyróżnić trzy typy referendów.

Pierwszy typ to referendum obligatoryjne, wymagalne na podstawie konstytucji. Konstytucja wyróżnia trzy sytuacje, w których musi być ono przeprowadzone: w przypadku zmiany ustawy zasadniczej, przystąpienia Szwajcarii do organizacji zbiorowego bezpieczeństwa lub wspólnoty ponadnarodowej oraz uchwalenia ustawy uznanej przez parlament za pilną. Ustawa taka musi obowiązywać przez czas dłuższy niż rok, a także „nie mieć podstaw konstytucyjnych”. Oznacza to, że ustawa poszerza ustaloną w konstytucji materię ustawową jednocześnie nie będąc w sprzeczności z Konstytucją. Aby wynik takiego referendum był wiążący, uzyskana musi zostać tzw. podwójna większość, czyli większość głosujących oraz większość kantonów. Charakter referendum obligatoryjnego ma również stawiane narodowi w przypadku niejednomyślności izb parlamentu pytanie, czy należy wprowadzić całkowitą zmianę konstytucji.

Drugi typ referendum to referendum fakultatywne, które zainicjowane może być przez przynajmniej 50 tys. uprawnionych lub 8 kantonów (z 26). Referenda takie dotyczą przeważnie ustaw federalnych oraz umów międzynarodowych. Również Zgromadzenie Narodowe ma prawo przedstawić narodowi pytanie dotyczące konkretnych typów umów międzynarodowych.

Trzeci rodzaj referendum polega natomiast na akceptacji w głosowaniu ogólnopaństwowym unormowania zaproponowanego w drodze inicjatywy ludowej.

Instytucje demokracji bezpośredniej w Szwajcarii są dużo silniej wykorzystywane, a obywatele dużo bardziej aktywni, na poziomie kantonów niż na poziomie federalnym. Podstawowym instrumentem w tym przypadku również jest referendum, jednak warto zauważyć, że szczególnie małe kantony, takie jak Unterwalden lub Appenzell, zamiast z tego mechanizmu, korzystają wciąż z najdawniejszej i najczystszej formy demokracji bezpośredniej, jaką jest zgromadzenie ludowe (Landsgemeinde). Z kolei na najniższym szczeblu organizacyjnym – na poziomie gmin – to właśnie zgromadzenie ludowe jest najbardziej rozpowszechnionym mechanizmem, a referendum wykorzystywane jest tylko w około 20% z prawie 3 tys. gmin.

Obywatel Szwajcarii ma możliwość decydowania w drodze referendum o sprawach państwowych co najmniej kilka razy w ciągu roku. Statystyki pokazują, że pod koniec XX wieku ilość referendów wzrosła znacząco i wtedy również frekwencja w głosowaniach federalnych unormowała się na poziomie około 45% (po znaczącym spadku notowanym od początku XX stulecia). Badając udział Szwajcarów w ogólnokrajowych referendach Wolf Linder, znany politolog zajmujący się głównie badaniami nad szwajcarskim modelem demokracji, doszedł do ciekawych wniosków. Twierdzi on, że około 30% społeczeństwa świadome jest praw i obowiązków obywatelskich i zawsze bierze udział w referendach. Około 20%, które nie jest zadowolone z funkcjonowania państwa lub kierunku jego polityki, nie głosuje nigdy. Natomiast pozostałe 50% idzie do urn w zależności od tego, czy kwestia przedstawiona narodowi w pytaniu referendalnym dotyczy ich interesów, czy nie. Ma to znaczący wpływ na zmienny udział obywateli Szwajcarii w przeprowadzanych referendach, który w latach 1990-2009 wahał się od 35% do 55%. Wydawać by się mogło, że nie jest to wysoki wynik, jednak biorąc pod uwagę stosunkowo dużą częstotliwość inicjowanych głosowań, trzeba przyznać, że Szwajcarzy aktywnie uczestniczą w życiu państwa. Świadczy o tym również fakt, że w latach 1990-2009 na 249 przeprowadzonych referendów, aż 70% stanowiły referenda fakultatywne lub polegające na akceptacji inicjatywy ludowej.

Bibliografia i zarazem ciekawa lektura na temat demokracji bezpośredniej (nie tylko w Szwajcarii):

Wolf Linder, Demokracja szwajcarska. Rozwiązywanie konfliktów w społeczeństwie wielokulturowym, Rzeszów 1996

Wolf Linder et al. Demokracja bezpośrednia: szwajcarska demokracja modelem dla XXI wieku?, Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 2011

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii. Wykorzystanie ICT w procedurach głosowania [w:] Demokracja bezpośrednia: wymiar globalny i lokalny, Lublin 2010

Piotr Uziębło, Demokracja partycypacyjna: wprowadzenie, Wydawnictwo Centrum Badań Społecznych, Gdańsk 2009.

Alicja Limburska

Pozostaw komentarz

Kąkol między pszenicą. O pluralizmie politycznym w przedwojennej Polsce słów kilka

Kąkol między pszenicą. O pluralizmie politycznym w przedwojennej Polsce słów kilka

Każde współczesne państwo demokratyczne musi zmierzyć się z pytaniem o to, w jaki sposób poradzić sobie z niebezpieczeństwem niesionym przez radykalne, antydemokratyczne ideologie, nie łamiąc przy tym podstawowej zasady pluralizmu poglądów. Głos w tej dyskusji zabrała niemal 90 lat temu grupa polskich działaczy społecznych.

Byli oni związani z organizacją o nazwie Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Została ona założona w roku 1921 i miała wyraźne lewicowe zabarwienie. Już od początku działalności członkowie Ligi stawiali sobie za cel promowanie wartości demokratycznych i walkę z poddawaniem obywateli odpowiedzialności karnej za przekonania polityczne.

Tymczasem w latach 20. ubiegłego wieku wciąż młode polskie państwo zmagało się z ideami przenikającymi z nadal groźnego Związku Radzieckiego. Trwało więc ściganie polskich członków ruchu komunistycznego, wśród których nie brakowało osób bardzo młodych.

Prowadzący postępowania funkcjonariusze nie przebierali w środkach zarówno w czasie zbierania dowodów (liczne prowokacje), jak i wobec aresztowanych już komunistów, traktując ich często w sposób daleki od demokratycznych standardów.

W ramach sprzeciwu wobec tych praktyk, Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela w 1927 roku skierowała do władz odezwę, w której po pierwsze odcinała się od ideologii komunistycznej, po drugie zaś w imieniu ściganych domagała się m.in. przyspieszenia śledztw, zwiększenia nadzoru nad funkcjonariuszami, zapobiegania odpowiedzialności zbiorowej i łagodniejszego traktowania osób młodych.

Pod apelem podpisało się kilkanaście przedstawicielek i przedstawicieli polskiej inteligencji – głównie znani prawnicy, weterani walk o niepodległość, politycy i literaci (wśród tych ostatnich m.in. Zofia Nałkowska).

Odezwa nie podbiła jednak przestrzeni publicznej. Została skonfiskowana przez Komisariat rządu na miasto Warszawę.

Autor tekstu pt. „Na słońce!” opublikowanego 6 marca 1927 roku w tygodniku „Życie Robotnicze” brał w obronę sygnatariuszy, chwaląc ich postawę, opartą jego zdaniem na szacunku dla rządów prawa pomimo różnic światopoglądowych.

W tekście tym możemy przeczytać:

(…) rząd niejako zaaprobował dotychczasowe metody walki z komunizmem, polegające na mechanicznym jedynie wykorzenianiu sowieckiego posiewu. Wiemy wszak dobrze, iż system ten, polegający na masowym produkowaniu męczenników „sprawy” komunistycznej, zaszczytu nam nie przynosi, a w skutkach nie może się okazać szczęśliwym. Są inne metody walki z komunistami, metody, których potrzebę uzasadniała lewica, a polegające na tym, by głosicieli religii komunistycznej wyprowadzić na światło dzienne i jawnie demaskować.

I dalej:

Pozwólmy działać komunistom jawnie i otwarcie na tym nawet terenie! Czyż agitator komunistyczny, prawiący bajędy o sowieckim dobrobycie, skoro pozbawiony będzie uroku tajemniczego rewolucjonisty, ściganego przez burżuazję, i skoro argumenty jego tuż zaraz odeprzeć można będzie przez wykazanie jego kłamstw – cieszyć się będzie takim powodzeniem jak teraz, gdy opchany sowieckim złotem, osłonięty peleryną „wiecznego rewolucjonisty”, po poddaszach i suterenach jedna wśród bezkrytycznych prostaczków i zapalnej młodzieży zwolenników dla swych obłędnych teorii?…

Wyprowadzenie komunistów na światło dzienne będzie właśnie początkiem ich klęski. Nie znoszą oni bowiem słońca.

Jeśli podążać za intuicjami publicysty „Życia Robotniczego” podpisanego inicjałami W. K., metoda walki o „zdrowy” pluralizm przyjęta przez działaczy stojących za odezwą opierała się na wierze w to, że w dyskursie publicznym jawnie „niesłuszne” ideologie prędzej czy później przepadną. Samo życie publiczne, oparte na przestrzeganiu zasad praworządności, eliminuje idee niedające się pogodzić z demokratycznymi rządami prawa.

Z krótkiej historii odezwy Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela można wysnuć przynajmniej trzy konkluzje. Pierwsza dotyczy dziejów polskich idei politycznych. Otóż, jak podkreślają redaktorzy portalu lewicowo.pl, na którym tekst z „Życia Robotniczego” został po latach ponownie opublikowany, wbrew wielu potocznym opiniom, polski dwudziestowieczny ruch lewicowy często miał charakter wręcz antykomunistyczny. Ponadto możemy zauważyć, że u zarania dwudziestowiecznej polskiej państwowości istniały (dość dobrze zorganizowane) zalążki nowoczesnego, pozarządowego ruchu obrony praw człowieka.

Warto wreszcie zwrócić uwagę na jeden z aspektów całej tej sprawy, który być może wskazuje na pewną swoistą cechę polskiej kultury politycznej. Chodzi o podstawy postulowanego w „Życiu Robotniczym” sposobu działania, według którego poszczególnym ideologiom pozwala się rosnąć wspólnie na społecznej glebie aż do czasu naturalnie nadchodzących żniw (używając metaforyki biblijnej).

Skoro bowiem na przestrzeni dziesiątków lat tak wiele form opresji ze strony najeźdźców i okupantów kończyło się zdecydowanym sprzeciwem zaangażowanej części społeczeństwa, nie dziwi, że sygnatariuszom odezwy mogło towarzyszyć przekonanie, iż na rodzimym gruncie najbujniej rosną ideowe projekty podlewane krwią wiernych wyznawców.

Powszechnie wiadomo, że w społeczeństwach dotkniętych traumą krzywdy wyrządzonej innym narodom (jak np. we współczesnych Niemczech), obawy przed antydemokratycznymi nurtami są silne i mają wyraźne odbicie w prawie, poczynając od konstytucji. Być może jednak tam, gdzie w przeszłości tragedie wywołane były przez zewnętrzne siły, sposób myślenia o obcych ideologiach podszyty jest naturalnym przekonaniem, że przyjmą się one tym łatwiej, im większej opresji podda się ich krzewicieli. Dlatego też przestudiowana w praktyce „logika oporu” może motywować osoby tworzące życie społeczne, by z potencjalnymi zagrożeniami dla systemu zmagać się inną drogą niż ta którą nieraz wręcz „odruchowo” podejmuje aparat państwowy.

Maciej Krogel

Wykorzystane źródła:

http://lewicowo.pl/na-slonce/

http://laurahuta.blogspot.com/2009/02/odezwa-ligi-obrony-praw-czowieka-i.html

http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/;3932505

Author:

Maciej Krogel

Title:

A weed among the wheat. A few words about the political pluralism in Poland before World War II

Key words:

Polish legal culture, civil rights, civil society, pluralism in democracy

Summary:

In 1921 in Poland The League of Protection of Human and Citizen Rights was formed. Among the aims of this organization were promotion of democratic values and the fight with criminal responsibility for political beliefs. In 1927 The League published an appeal against cruel treatment of communists imprisoned in Poland. The “Życie Robotnicze” magazine supported the appeal. According to their argumentation, communist activists should be not punished, because their ideas anyway will be defeated in public opinion as false projects.

According to the author, such way of dealing with anti-democratic extreme ideologies in state’s life may be considered as a specific characteristic for society, where the experiences of resistance are strong. The creators of civil society seem to claim then, that the state’s oppression towards followers is most stimulating for consolidation of the ideology.

In twentieth century in Poland the left-wing movement often was opposed to communist ideology. In the beginning of history of Polish state in twentieth century the elements of well-organized non-governmental protection of human rights arisen.

Pozostaw komentarz